Kto co ranek chodzi do szkoły... czyli domowa edukacja



http://birth.ft.ins.ru/100.shtml

Początek nowego roku szkolnego rozkołysał stare przeżycia pewnych rodziców na temat "A dobrze mu będzie w szkole?" A ponieważ wielu czytelników zapamiętało, że moje dzieci nie chodzą w szkołę – posypywały się listy z pytaniami. Od śmiesznych ("Czyżby to prawda?!") do poważnych ("Jak pomóc swojemu dziecku otrzymać wszystkie niezbędne wiedze?"). Wpierw próbowałam odpowiadać na te listy, lecz potem zdecydowałam, że prostszy odpowie wszystkim od razu – przez rozsyłanie.

Wpierw – urywki z listów, których otrzymałam w ostatnie dni.

"To, o czym opowiadacie, bardzo ciekawie. Czytałam i słyszałam o podobne rzeczy, lecz osoby zawsze były dla mnie więcej "książkowymi bohaterami", czym realnymi ludźmi. A Wy jesteście zupełnie realne Smile))."

"Mnie bardzo interesuje domowa nauka. Mój syn już teraz nie chce iść w szkołę, a ja nie wiem, jak dawać mu szkolne wiedze. Podzielicie się swoim doświadczeniem, proszę".

"Przepraszam zadać pytanie : Wasze dzieci rzeczywiście nie chodzą w szkołę? Prawda? Mi to zdaje się niemożliwym, dlatego że w Rosji wszędzie (jak i u nas, na Ukrainie) szkolne wykształcenie {tworzenie} jeszcze bardzo i bardzo obowiązkowo. Jak ten - nie chodzić w szkołę? Opowiedzcie, bardzo ciekawie".

"Jak nie wysyłać dziecka w szkołę, lecz by inne nie nazywały jego debilem? I by on nie wyrósł nieukiem? Ja nie widzę alternatywy szkole w naszym kraju".

"Powiedzcie, a dzieciąt w domu Wy samych uczycie się? Kiedy zaczynam przykładać możliwość domowej nauki do własnych dzieci, od razu powstają wątpliwości: a zechcą oni uczyć się samych? a smogowi ja ich nauczyć? Z cierpliwością i tolerancją u mnie często problemy, szybko zaczynam denerwować się po głupstwach. I dzieci mamę, mi zdaje się, przyjmują w inny sposób, czym obcego człowieka-nauczyciela. Obcy discyplinirujet. Lub akurat pozbawia wewnętrznej swobody?"

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Spróbuję zacząć od samego początku – z tych dawnych czasów, kiedy mój starszy syn, jak wszystkie, każdy ranek chodził w szkołę. Na podwórzu był koniec 80-ch lat – "przebudowa" już zaczęła się, lecz w szkole jeszcze niczego nie zmieniło się. (A myśl o tym, że w szkołę MOŻNA Wink nie chodzić, jeszcze nie przychodziła do głowy mi – no, spróbujcie przypomnieć sobie swoje dzieciństwo. Przecież wiele z was uczyło się w szkole wzorowo w tych zaś czasy. Mogły wasze mamy wpaść na myśl do tego, że w szkołę można nie chodzić? Nie mogli. Ot i ja nie mogłam.)

JAK DOSZLIŚMY DO ŻYCIA TAKIEGO

Stawszy się roditielnicej pierwokłassnika, poszłam na rodzicielski zbiór. A tam u mnie powstało odczucie, że dostałam się w teatr absurdu. Za małymi stolikami siedział tłum dorosłych ludzi (z wyglądu – zupełnie normalnych), i wszystkie oni gorliwie zapisywali pod dyktowanie nauczycielki, ile kletoczek trzeba cofać się od lewego kraju zeszytu, i t.d., i t.p. "A Wy dlaczego nie zapisujecie?!" – groźnie zapytały mnie. Ja nie zaczęłam opowiadać o swoich odczuciach, a prosto powiedziałam, że nie widzę w tym sensu. Dlatego że liczyć kratki wszystko jedno będzie moje dziecko, a nie ja. (Jeżeli będzie Wink.)

Odtąd zaczęły się nasze szkolne "przejścia". Wiele z nich stało się "rodzinnymi legendami", które my ze śmiechem przypominamy sobie, kiedy mowa będzie wchodzić o szkolne doświadczenie.

(Doprowadzę jeden przykład – "historia o wyjściu z oktiabriat". Wtenczas wszystkich pierwokłassnikow jeszcze "automatycznie" przyjmowali w oktiabriata, a potem zaczynali wzywać do ich "oktiabriatskoj sumienia" i t.d. Do końca pierwszej klasy mój syn zrozumiał, że jego nikt nie pytał, chce on być oktiabrienkom. On zaczął zadawać mi pytania. A po letnich wakacjach (w początku drugiej klasy) ogłosił nauczycielce, że on "będzie wychodzić z oktiabriat". W szkole zaczęła się panika.

Urządzili zbiór, na którym DZIECI proponowały miary kary dla mojego dziecka. Warianty były takimi: "wydalić ze szkoły", "zmusić być oktiabrienkom", "postawić dwójkę po zachowaniu się", "nie przeprowadzać w trzecią klasę", "nie przyjmować w pionierzy". (Możliwy, to była nasza szansa przejść na naukę ekstiernom jeszcze wtedy Wink – lecz my tego nie pojęliśmy.) Zatrzymali się na wariancie "nie przyjmować w pionierzy", że zupełnie urządzało mojego syna. I on został w tej klasie, nie będąc oktiabrienkom i nie biorąc udział w oktiabriatskich rozrywkach.)

Stopniowo mój syn zdobył w szkole reputację "dość dziwnego chłopaka", do którego nauczyciela nie osobno przyczepiali się, dlatego że nie znajdowali u mnie odpowiedzi na swoje pretensje. (Popoczątkowi pretensji było bardzo dużo – zaczynając od formy pisowni litery "y" moim synem i kończąc "nieprawidłowym" kolorem jego koszuli. Potem oni "ześlij na nie" – ja nie "szła naprzeciw" i nie "oddziaływała" ani na literę "y", ani do wyboru kolory rubaszek.)

A w domu my z synem dość często opowiadaliśmy sobie o swoich nowościach (na zasadzie "że u mnie dzisiaj było atrakcji"). I zaczęłam zauważać, że w jego opowiadaniach o szkole zbyt często wspominają się sytuacje takiego typu: "Ja dzisiaj taką ciekawą książkę zacząłem czytać – na matematyce". Lub: "Dzisiaj zacząłem pisać partyturę mojej nowej symfonii – na historii". Lub: "A Pietia, okazuje się, cześć w szachy bawi się – my z nim {nimi} na geografii pary partii zdążyli zagrać". Pomyślałam: a dla czego on w ogóle chodzi w szkołę? Uczyć się? Lecz na lekcjach on zajmuje się doskonale innymi sprawami. Obcować? Lecz to można i poza szkołą robić.

I tu w mojej świadomości zdarzył się rzeczywiście REWOLUCYJNY PRZEWRÓT Wink!!! Pomyślałam: "A może, mu w ogóle nie stoi chodzić w szkołę?" Syn chętnie został w domu, jeszcze kilka dni kontynuowaliśmy przemyślać tę ideę, a potem poszłam do dyrektora szkoły i powiedziałam, że mój syn więcej nie będzie chodzić w szkołę.

Powiem uczciwie: rozwiązanie już było "wycierpiane", dlatego mi było prawie wszystko jedno, że mi odpowiedzą. Prosto chciałam zachować formalności i uwolnić szkołę od problemów – napisać jakiekolwiek oświadczenie, by oni uspokoili się. (Potem wiele moich znajomych mi mówiło: "Tak, poszczęściło się tobie z dyrektorem, a ot gdyby ona nie zgodziła się…" – tak nie w dyrektorze sprawę! Jej niezgoda niczego nie zmieniłaby {zdradziłaby} w naszych planach. Prosto nasze dalsze działania w tym wypadku byłyby niedużo innymi.)

Lecz dyrektor (dotychczas przypominam sobie ją z sympatią i szacunkiem) szczerze zainteresowała się naszymi motywami, i dość otwarcie opowiedziałam nią o swoim kontakcie do szkoły. Ona sam zaproponowała mi sposób dalszych działań – napiszę oświadczenie o tym, że proszę przeprowadzić mojego dziecka na domową naukę, a ona umówi się w RONO, że moje dziecko (z powodu swoich jakoby "wybitnych" zdolności) w charakterze "eksperymentu" będzie uczyć się na własną rękę i przekazywać egzaminy ekstiernom w tej zaś szkole.

Wtenczas to ukazało się nam świetnym wyjściem, i zapomnieliśmy o szkole Wink prawie do końca roku szkolnego. Syn z zainteresowaniem zajął się wszystkimi tymi sprawami, na których u niego wiecznie nie starczało {chwytało} czasu: całymi dniami pisał muzykę i udźwiękawiał napisane na "żywych" narzędziach, a nocami siedział za komputerem – oburządzał swoją BBS (jeżeli wśród czytelników jest "fidoszniki" – oni wiedzą ten skrót; mogę nawet powiedzieć, że u niego był "114-j nod" w Pitierie – "dla tych, kto pojmuje" Wink ). I jeszcze on zdążał czytać wszystko z rzędu, uczyć się chiński język (prosto tak – mu to było ciekawie w ten okres), pomagać mi w mojej pracy (kiedy ja nie zdążałam sam zrobić jakieś zamówienie), przy sposobności wykonywać drobne zamówienia na przedruk rękopisów na różnych językach i na instalowanie elektronicznej poczty (wtenczas to jeszcze liczyło się bardzo złożonym zadaniem Wink – wypadało zapraszać "mistrza"), rozrywać młodszych dzieciąt… Na Ogół, on był szalone rad odzyskanej swobodzie od szkoły. I nie czuł się pominiętym Wink.

W kwietniu przypomnieliśmy sobie: "Oj, pora przygotowywać się do egzaminów!" Syn dostał które zakurzyli się podręczniki i 2-3 tygodnia intensywnie czytał ich. Potem my z nim {nimi} razem schodziliśmy {poszliśmy} do dyrektora szkoły i powiedzieliśmy, że on jest gotowy przekazywać. Na tym mój udział w jego szkolnych sprawach skończył się. On samego po kolei "otławliwał" nauczycieli i umawiał się z nimi o czasie i miejscu spotkania. Wszystkie przedmioty udawało się przekazać za jedno-dwa zwiedzania. Nauczyciele sami rozwiązywali, w jakiej formie przeprowadzać "egzamin" – lub to było prosto "pogawędkę", lub coś niby pisemnej pracy kontrolnej. Ciekawie ten, że prawie nikt nie zdecydował się postawić po swoim przedmiocie "5" – chociaż moje dziecko wiedziało ani trochę najmniej, czym zwyczajnych uczniów. Ukochaną oceną stała się "4". (Lecz nas to nic nie martwiło – takiego była cena swobody Wink.)

W rezultacie pojęliśmy, że dziecko może 10 miesięcy w roku mieć "wakacje" (t.ie. robić to, że mu rzeczywiście ciekawie), a za 2 miesiąca przechodzić program kolejnej klasy i przekazywać niezbędne egzaminy. Po tym on otrzymuje informację o przeniesieniu w następującą klasę, tak że w każdej chwili może "znudzić się" i pójść uczyć się zwyczajnym sposobem. (Trzeba zaznaczyć, że ta myśl bardzo uspokajała babuszek i dieduszek – oni byli zapewnieni, że dziecko prędko "zmieni zamiar" , nie będzie słuchać tę "nienormalną" mamę (o mnie to jest) i wróci w szkołę :). Niestety. Nie wrócił.

Kiedy podrosła córka, ja nią proponowałam w ogóle nie zaczynać chodzić w szkołę. Lecz ona była "socyalizirowannym" dzieckiem: ona naczytała się dziecięcych kniżek radzieckich pisarzy, gdzie uparcie wypowiadała się myśl o tym, że pójść w szkołę – to bardzo "prestiżowo" . A ja, będąc storonniczką "wolnego" wychowania, nie zbierałam się nią to zakazywać. I ona udała się w pierwszą klasę. Ją starczyło prawie na dwa lata!!! Tylko do końca drugiej klasy jej (nareszcie-to!) sprzykrzyło się to puste spędzanie czasu, i ona ogłosiła, że będzie uczyć się ekstiernom, jak starszy brat. (Ponadto i ona zdążyła wnieść swój wkład w "skarbonkę" rodzinnych legend – z niej też odbywali się różni nietypowi dla tej szkoły historii.)

U mnie prosto kamień z duszy upasł Wink. odniosłam dyrektorowi szkoły jeszcze jedno oświadczenie. I teraz u mnie już było dwóch dziecięta szkolnego w wieku, którzy nie chodzą w szkołę. Trafnie, jeżeli ktoś przypadkowo dowiadywał się o tym, mnie zmieszanie pytały: "A czym chorzy wasze dzieci?" – "Niczym", - spokojnie odpowiadałam. – "Lecz wtedy DLACZEGO?!!! Dlaczego oni nie chodzą w szkołę?!!!" – "Nie chcą". Niema scena.

MOŻNA LI NIE CHODZIĆ W SZKOŁĘ

Można. Ja już 12 lat wiem to doskonale ściśle. Za ten czas dwóch moich dzieciąt zdążyły, siedząc w domu, otrzymać świadectwa (raz już było zdecydowane, co to jest może nimi przydać się w życiu), a trzecie dziecko, jak i oni, nie chodzi w szkołę, lecz już przekazał egzaminy za szkołę podstawową i zanim zbiera się na tym zatrzymywać się. Uczciwie mówiąc, teraz ja już nie będę liczyć, że dzieciom trzeba obowiązkowo przekazywać egzaminy za każdą klasę. Ja prosto nie przeszkadzam nimi samym wybierać tę "zamianę" szkole, do której oni mogą wpaść na myśl. (Chociaż, oczywiście, dzielę się z nimi swoimi myślami na ten wynik {rachunek}.)

Lecz wrócimy w przeszłość. Do 1992 roku rzeczywiście liczyło się, że każde dziecko zobowiązane codziennie chodzić w szkołę, a wszyscy rodzice są zobowiązani "przekazywać" tam swoich dzieciąt, które osiągnęli 7-letniego w wieku. I jeżeli wyjaśniało się, że ktoś tego nie robi – do niego mogli przysłać współpracowników jakiejś specjalnej organizacji (zdaje się, w nazwie były słowa "ochrona dzieciństwa" – lecz ja w tym nie orientuję się, tak że mogę mylić się). By dziecko otrzymało PRAWO nie chodzić w szkołę – mu trzeba było wpierw otrzymać medyczną informację o tym, że on "nie może zwiedzać szkołę po stanie zdrowia". (Ot dlaczego mnie wszystko pytali, czym chorzy moje dzieci!)

Trafnie, znacznie później dowiedziałam się, że w te czasy pewni rodzice (którzy wcześniej mnie Wink wpadli na myśl do idei nie "przekazywać" dziecięta w szkołę) prosto KUPOWALI takie informacje u znajomych lekarzy.

Lecz latem 1992 roku Jelcyn wypuścił historyczny dekret, w którym było ogłoszone, że odtąd KAŻDA Dziecko (niezależnie od stanu jego zdrowia) ma prawo uczyć się w domu!!! Co więcej Wink, tam nawet mówiło się, że szkoła powinna była DOPŁACAĆ rodzicom takich dzieciąt za to, że wydzielonych przez państwo pieniądze na obowiązkowe średnie wykształcenie {tworzenie} oni realizują nie za pomocą nauczycieli i nie w pomieszczeniu szkoły, a na własną rękę i u siebie w domu!

We wrześniu tego zaś lata przyszłam do dyrektora szkoły, by napisać kolejne oświadczenie o tym, że i w tym roku moje dziecko będzie uczyć się w domu. Ona dała mi przeczytać tekst tego dekretu. (Zapisać jego nazwę, numer i datę ja wtedy nie wpadłam na myśl, a teraz – po upływie 11 lat – już nie pamiętam. Kogo ciekawie – szukajcie w Internecie informację. Znajdziecie – podzielicie się: opublikuję w rozsyłaniu.)

Po tym mi powiedzieli: "Płacić Wam za to, że Wasze dziecko nie chodzi w naszą szkołę, my jednakże nie będziemy. Zbyt złożenie otrzymać środki dla tego. Natomiast(!) i z Was my pieniędzy nie weźmiemy za to, że nasi nauczyciele przyjmują u Waszego dziecka egzaminy". Mnie ten zupełnie urządziło – brać pieniądze za zwolnienie mojego dziecka od szkolnych oków mi by i w głowę nie przyszło Wink. Tak że rozstaliśmy się, zadowolonych i sobą, i zmianą w naszym prawodawstwie.

Prawda, przez pewien czas zabrałam akta moich dzieciąt ze szkoły, gdzie u nich przyjmowały egzaminy bezpłatnie, i odtąd oni przekazywali egzaminy gdzie indziej i za pieniądze -lecz to już zupełnie inna historia (o płatny ekstiernat, którego organizowanego prostszy i udobnieje, czym bezpłatnego – przynajmniej, tak było w 90-je lata).

A w zeszłym roku przeczytałam jeszcze więcej ciekawego dokumentu – znowu-jednak, nie pamiętam ani nazwy, ani daty publikacji – mi pokazały go {je} w tej szkole, dokąd przyszłam umawiać się o ekstiernatie dla mojego trzeciego dziecka. (Przedstawcie sytuację: przychodzę do kierownika działu nauczania i mówię, że chcę zapisać dziecka w szkołę. W pierwszą klasę. Kierownik działu nauczania zapisuje imię dziecka i pyta datę urodzenia. Wyjaśnia się, że dziecku 10 lat Wink. A teraz – sama przyjemność. Kierownik działu nauczania reaguje na to SPOKOJNIE!!!) Mnie pytają, za jaką klasę on chce przekazywać egzaminy. Objaśniam, że u nas nie żadnych sprawok o zakończeniu jakichś klas, dlatego zaczynać trzeba – sądzę – z samego pierwszego!

A w odpowiedzi mi pokazują oficjalny dokument o ekstiernatie, w którym czarno na białym napisane, że KAŻDĄ człowieka ma prawo przyjść w KAŻDĄ państwową placówkę oświatową w KAŻDYM wieku i poprosić, by u niego przyjął egzaminy za KAŻDĄ klasę szkoły średniej (nie pytając żadnych dokumentów o zakończeniu poprzednich klas!!!). A administracja tej szkoły ZOBOWIĄZANA stworzyć komisję i przyjąć u niego wszystkie niezbędne egzaminy!!!

To jest można przyjść w każdą sąsiednią szkołę, powiedzmy, lata w 17 (lub wcześniej, lub później – kogo jak podoba się; razem z moją córką, na przykład, otrzymywały świadectwa dwa brodatych diadieńki – no, prispicziło nimi nagle świadectwa otrzymać) i od razu przekazać egzaminy za 11-j klasa. I otrzymać ten sam świadectwo, które wszystkim zdaje się takim niezbędnym przedmiotem.

Lecz to – teoria. Praktyka, niestety, słożnieje ;-(. Pewnego razu ja (szybciej przez ciekawość, czym z potrzeby) zaszła w najbliższą do domu szkołę i poprosiła audiencje u dyrektora. Ja nią opowiedziałam, że moje dzieci dawno i ostatecznie przestały chodzić w szkołę, a w dany moment szukam miejsce, gdzie można szybko i niedrogo przekazać egzaminy za 7-j klasę. Dyrektorowi (przyjemnej młodej kobiecie z zupełnie postępowymi przekonaniami) było bardzo ciekawie ze mną poobcować, i chętnie opowiedziałam nią o swoich ideach Wink – lecz w końcu rozmowy ona poradziła mi poszukać jakąkolwiek inną szkołę.

Oni rzeczywiście według prawa byli ZOBOWIĄZANI przyjąć u mnie oświadczenie o przyjmowaniu mojego dziecka w szkołę i rzeczywiście pozwoliliby mu "domową naukę". Z tym żadnych problemów nie byłoby. Lecz mi objaśnili, że konserwatywne starsze nauczycielki, które zestawiają w tej szkole "rozstrzygającą większość" (na "piedsowietach", gdzie ważą się sporne zagadnienia), nie zgodzą się na MOJE umowy "domowej nauki" – by dziecko prosto jeden raz podeszło do każdego z nauczycieli i od razu przekazał roczny kurs. (Trzeba zaznaczyć, że z tym problemem zderzałam się nieraz: tam, gdzie egzaminy u ekstiernow przyjmują ZWYCZAJNI nauczyciele, oni uparcie mówią o tym, że dziecko NIE MOŻE przekazać cały program za jedno zwiedzanie!!! On POWINIEN BYŁ "odpracować USTALONĄ ilość GODZIN"! T.ie. ich absolutnie nie interesują realne wiedze dziecka – ich niepokoi tylko CZAS, wydany na naukę. I oni doskonale nie widzą absurdalność tej idei…)

Oni zażądają, by dziecko zwiedzało wszystkie prace kontrolne w końcu każdej ćwierci (dlatego że nie mogą zaś oni stawiać w klasowym czasopiśmie "proczerk" zamiast oceny za ćwierć, jeżeli dziecko FIGURUJE w spisie klasy). Prócz tego, oni zażądają, by dziecko miało medyczną informację i zrobił wszystkie szczepienia (a my do tego czasu w ogóle nie byliśmy "policzeni" ani w jednej przychodni, i od słów "medyczna informacja" u mnie zaczynał się zawrót głowy) – a inaczej on "zarazi" innych dzieciąt. (Aga, zarazi zdrowiem i swobodolubijem Wink.) No i, oczywiście, od dziecka zażądają udziały w "życiu klasy": myć ściany i okna w soboty, zbierać papierki na terytorium szkoły i t.p.

Zrozumiale, że mnie takie perspektywy prosto rozśmieszyły Wink. Zrozumiale, że zrezygnowałam. Lecz dyrektor, tym niemniej, zrobiła dla mnie właśnie ten, że mi było trzeba! (Prosto dlatego, że nią spodobała się nasza rozmowa.) A mianowicie – mi trzeba było wziąć w bibliotece podręczniki za 7 klasę, by nie kupować ich w sklepie. I ona w tym samym miejscu zadzwoniła bibliotekarzowi i zarządziła wydać mi (bezpłatnie, za pokwitowaniem) wszystkie niezbędne podręczniki do końca roku szkolnego!

Tak że myjąc córka przeczytała te podręczniki i spokojnie (bez priwiwok i "udziały w życiu klasy") przekazała wszystkie egzaminy gdzie indziej, po czym odnieśliśmy podręczniki z powrotem.

Lecz oderwałam się Wink. Wrócimy w zeszły rok, kiedy doprowadziłam w "pierwszą klasę" 10-letniego dziecka. Kierownik działu nauczania zaproponowała mu testy po programie pierwszej klasy – okazało się, że on wszystko wie. Drugiej klasy – prawie wszystkie wie. Trzeciej klasy – licznej nie wie. Ona zestawiła dla niego program zajęć, i przez pewien czas on z powodzeniem przekazał egzaminy za 4-j klasa, t.ie. "ukończyła szkołę podstawową". I – przy dobrej woli! – mógłby teraz przyjść w każdą szkołę i uczyć się tam dalej razem z rówieśnikami.

Ot tylko życzenia takiego u niego dlaczego-to nie Wink. Na odwrót. Mu taka oferta {zdanie} zdaje się majaczeniem. On nie pojmuje, PO CO normalnemu człowiekowi chodzić w szkołę.

http://birth.ft.ins.ru/101.shtml

JAK UCZYĆ SIĘ W DOMU

Wielu rodziców myśli, że jeżeli dziecko uczy się w domu, to mama lub tata od rana do wieczora siedzą z nim {nimi} obok i przechodzą cały szkolny program razem z nim {nimi}. Mi nieraz wypadało słyszeć takie komentarze: "U nas dziecko chodzi w szkołę – i my Wszystko Jedno siedzimy z nim {nimi} do późnej nocy każdy dzień, tymczasem {póki} wszystkie lekcje nie zrobimy. A gdyby nie chodził – to znaczy, siedzieć trzeba na kilka godzin w dzień więcej!!!" Kiedy mówię, że nikt z moimi dzieciętami nie "siedzi", robiąc razem z nimi "lekcje" – mi prosto nie wierzą. Myślą, co to jest brawada.

Lecz jeżeli wy rzeczywiście nie możecie pozwolić swojemu dziecku uczyć się bez waszego udziału (t.ie. zamierzacie wszystko 10 lat razem z nim {nimi} "robić lekcje") – wtedy, oczywiście, domowa nauka wam kategorycznie nie podchodzi. Ono pierwotnie przypuszcza pewną samodzielność dziecka.

Jeżeli zaś wy jesteście gotowi zgodzić się z myślą, że dziecko jest zdolne uczyć się sam (niezależnie od tego, jakie oceny mu będą stawiać – być może, "3" za przedstawienie swoich własnych myśli dobrych, czym "5" za zapis papinych lub maminych?) – wtedy można pomyśleć i o domowej nauce. W tej liczbie i dlatego, że ono pozwoli dziecku tracić małego czasu na to, że u niego wychodzi z chodu, i więcej od czasu poświęcać temu, że on pojmuje nie od razu.

A dalej wszystkie zależy od światopoglądu rodziców. Od tego, jakie cele wy przed sobą stawiacie. Jeżeli celem jest "dobre świadectwo" (dla pójścia w "dobrą wyższą uczelnię") – to jedna sytuacja. A jeżeli celem jest umiejętność dziecka przyjmować rozwiązania i robić wyboru – doskonale inny. Czasem Wink udaje się dopiąć oba rezultatów, postawiwszy tylko jeden z tych celów. Lecz to prosto "poboczny efekt" Wink. Bywa, lecz nie u wszystkich.

Dawajcie zaczniemy z samego tradycyjnego celu – z "dobrego świadectwa". Od razu określicie dla siebie stopień swojego udziału w rozwiązaniu tego zadania. Jeżeli rozwiązywać ją właśnie wy, a nie wasze dziecko – wtedy wam trzeba zadbacie o dobrych korepetytorach (którzy będą przychodzić do was do domu) i zestawić (w pojedynczą, lub razem z dzieckiem, lub razem z dzieckiem i jego nauczycielami) grafika zajęć. I wybrać szkołę, w której wasze dziecko będzie przekazywać egzaminy i zaliczenia. I która wyda mu właśnie takie świadectwo, jak chcieliście – na przykład, jakakolwiek specszkoła tego kierunku, w którym wy namierzeni "poruszać" swojego dziecka.

A jeżeli wy nie zbieracie się całkowicie kontrolować proces nauki (co zdaje się mi znacznie więcej naturalnym) – wtedy pożytecznie wpierw dokładnie omówi z dzieckiem jego własne życzenia, zamierzenia i możliwości. Pomówić z nim {nimi} o tym, jakie wiedze on CHCE otrzymać i że on jest gotowy zrobić dla tego. Wiele dzieci, poktóre uczyli się w szkole, już nie może samych planować swoją naukę. Nimi jest potrzebnym "wstrząs" w rodzaju regularnych "domowych zadań". Inaczej u nich nie wychodzi. Lecz to lekko naprawić. Wpierw można rzeczywiście pomagać dziecku planować jego zajęcia i nawet, być może, stawiać przed nim {nimi} jakieś zadania – a potem, "przejdąc" w takim reżimie pary przedmiotów, on i samego nauczy się temu.

Najprostszy sposób zestawić plan nauki – policzyć, ile u was jest czasu na przygotowanie do egzaminów i jakiego objem informacje trzeba "połknąć" za ten czas. Na przykład, wasze dziecko zdecydowało za pół roku przekazać 6 przedmiotów. Znaczy, przeciętnie po miesiącu na każdy podręcznik. (Zupełnie dosyć.)

Potem wy berecie wszystkie te podręczniki i widzicie, że 2 z nich – dość cienkie i czytają się "na jednym oddychaniu" (na przykład, geografia i botanika). Rozwiązujecie, że każdy z nich można pokonać za 2 tygodnia. (Pojawił się "zbyteczny" miesiąc, który można "oddać" temu przedmiotowi, którego zdaje się najtrudniejszym dla waszego dziecka – na przykład, język rosyjski z jego zagmatwanymi przepisami Wink.) Potem patrzycie, ile tam stronic. Przypuśćmy, w podręczniku 150 stronic tekstu. Znaczy, można w ciągu 10 dni czytać po 15 stronic, potem za parę dni przekartkować podręcznik jeszcze raz, by powtórzyć najbardziej złożeni naczelnicy {rozdziały}, a potem iść przekazywać egzamin.

Uwaga: pytanie do tego, kto będzie liczyć, że uczyć się w domu "bardzo trudno". Wasze dziecko może przeczytać 15 stronic w dzień i zapamiętać, o czym tam szła mowa? (Być może, nawet krótko zanotować dla siebie – wykorzystając swoje własne umowne oznaczenia i rysunki.)

Myślę, że większości dzieciąt to ukaże się zbyt prostym zadaniem Wink. I oni przełożą czytać nie po 15, a po 50 stronic w dzień, by skończyć z tym podręcznikiem nie za 10 dni, a za 3! (A pewnym nawet prostszy zrobić to ZA JEDEN dzień!)

Oczywiście, nie wszystkie podręczniki czytają się lekko, i nie zawsze ten dosyć. Jest jeszcze matematyka, gdzie trzeba rozwiązywać zadania, i język rosyjski, gdzie trzeba pisać, a potem jeszcze fizyki i chemii… Lecz optymalne sposoby badania więcej złożonych przedmiotów znajdują się w procesie nauki. Wystarczy zacząć… A jeżeli nawet coś nie będzie wychodzić – można znaleźć korepetytora po samym złożonym przedmiocie, po dwa, po trzy… Tylko przed tym byłoby bardzo pożądane dać dziecku możliwość pouczyć się na własną rękę – wtedy on, przynajmniej, zacznie pojmować, że właśnie u niego nie wychodzi.

(Rozpytywałam się moich znajomych, którzy zajmowali się korepetycjami: mogą oni nauczyć KAŻDEGO dziecka swojemu przedmiotowi? I jakie trudności przy tym częściej wszystkiego powstają? Co do "każdego" – to niezupełnie tak. Wpadały czasem takie dzieci, których niemożliwie było niczemu nauczyć ;-(. I to zawsze były właśnie te dzieci, których rodzice ZMUSILI zajmować się. I na odwrót – uspiesznieje wszystkiego posuwały się naprzód te dzieci, które wcześniej PRÓBOWAŁY samych nauczyć się ten przedmiot, lecz coś u nich nie wychodziło. Wtedy pomoc korepetytora okazywała się bardzo trafnie, dziecko zaczynało pojmować to, że wymykało się od niego wcześniej, i dalej wszystkie szło doskonale.)

I na ostatek – znowu o moim osobistym doświadczeniu. Próbowaliśmy różnie: i plany zestawiały (zazwyczaj w najbardziej pierwszy rok nauki ekstiernom), i puszczali wszystko "na żywioł". Próbowały nawet materialne bodźce Wink)). Na przykład, wydzielam na naukę niejaką sumę, której dosyć na opłatę trzech miesięcy zajęć z wykładowcami (przy nauce po systemie "konsultacja – zaliczenie"). Jeżeli dziecko uspiewajet przekazać wszystko równo za 3 miesiąca – dobrze. Jeżeli nie uspiewajet – ja niejako "daję mu tytułem pożyczki" brakującą sumę, i potem trzeba ją zwróci (u moich starszych dzieciąt byli źródła dochodu – oni regularnie dorabiały). A jeżeli przekazuje bystrieje – które zostali pieniądze otrzymuje w charakterze "nagrody". (W ten rok nagrody były otrzymani, lecz idea nie priżyłaś Wink – więcej my tak nie robiliśmy. To był prosto eksperyment Wink, który był ciekawy wszystkim uczestnikom. A po odbiorze rezultatów przestał być ciekawy. Już pojęliśmy, jak ten pracuje.)

Zazwyczaj moje dzieci same myślały, kiedy i jak oni będą uczyć się. Z każdego roku ja wszystko rzadszy zadawałam nimi pytania w związku nauki. (Czasem oni samych zwracali się do mnie z pytaniami – pomagałam nimi, jeżeli widziałam, że myjąc pomoc nimi rzeczywiście potrzebna. Lecz nie wtrącała się w to, że oni mogli robić samych.)

I jeszcze jeden. Wiele mi mówią: "Tobie dobrze – twoje dzieci takie zdolne, oni chcą uczyć się… A naszych – nie zmusić. Oni nie będą uczyć się, jeżeli nie będą chodzić w szkołę". Co do "zdolnych" dzieciąt – sporne zagadnienie. Ja mam normalne dzieci. U nich, jak u wszystkich, do czegoś są "zdolności", do czegoś – nie. I uczą się w domu oni nie dlatego, że "zdolni", a dlatego że w domu nic warto interesować się nauką Wink.

U każdego normalnego dziecka jest ciąg do wiedz (przypomnicie sobie: mu z pierwszych lat życia ciekawie, ile nóg u krokodyla, dlaczego struś nie lata, z czego zrobiony lód, dokąd lecą chmury – przecież ten właśnie ten, że on mógłby dowiedzieć się ze szkolnych podręczników, gdyby przyjmował ich prosto jak "książki").

Lecz kiedy on idzie w szkołę, tam ten ciąg zaczynają powoli, lecz słusznie zabijać. Zamiast znajomości mu narzucają umiejętność odliczyć potrzebną liczbę kletoczek od lewego kraju zeszytu. I tak dalej. Czym dalej, tym gorzej. Tak jeszcze i kolektyw, nawiązany {narzucony} mu z zewnątrz. Tak jeszcze i państwowe ściany (a w ogóle będę liczyć, że w państwowych ścianach nic nie wychodzi dobrze – ani dziecięta rodzić, ani leczyć się, ani uczyć się, ani zajmować się jakąś sprawą - zresztą, tę rzecz gustu, a "o smakach nie spierają się", jak wiadomo Wink ).

W domu – wszystko inaczej. To, że w szkole zdaje się znudzonym i nieprzyjemnym, w domu zdaje się atrakcją. Przypomnicie sobie moment, kiedy dziecko (nawet jeżeli to uczeń-trojecznik) po raz pierwszy bierze w ręce zpalenie nowych podręczników. Mu ciekawie! On ogląda okładki, on kartkuje podręczniki, "zawisaja" nad jakimiś obrazkami… A że dalej? A dalej zaczynają się badania, oceny, zadania, reprymendy… I otwierać podręcznik prosto dlatego, że "ciekawie", mu i w głowę nie przychodzi…

A jeżeli mu nie trzeba chodzić w szkołę i poruszać się w narzucanym mu tempie, robiąc przy sposobności setki niepotrzebnych działań – wtedy można spokojnie (wyspawszy się, nie śpiesząc się zjadłszy śniadanie, pogadawszy w rodzicami, zabawiwszy się z kotem – wpiszcie brakujące Wink ) otworzyć ten zaś podręcznik w odpowiedni moment i Z ZAINTERESOWANIEM poczytać, o czym tam napisane. I wiedzieć, że nikt nie wywoła ciebie do deski Wink z groźnym rodzajem i nie oskarży ciebie o tego, że ty nie wszystko zapamiętałeś. I nie stuknie teczką po głowie. I nie wypowie twoim rodzicom swój pogląd o twoich zdolnościach…

To jest w szkole znajomości – jeżeli i przyjmują się – to NA PRZEKÓR systemowi nauki. A w domu oni przyjmują się lekko i bez napięcia. I jeżeli dziecku dać możliwość nie chodzić w szkołę – on, oczywiście, początkowo tylko będzie odpoczywać Wink. odsypywać się, otjedat′sia, czytać, spacerować, bawić się… Tyle, ile trzeba – by "zkompensować" uszczerbek, naniesiony przez szkołę. Lecz wcześnie lub późno nastanie moment, kiedy mu spodoba się wziąć podręcznik i prosto poczytać Wink…

JAK OBCOWAĆ Z INNYMI DZIECIĘTAMI
Lekko. U normalnego dziecka, oprócz kolegów z klasy, zazwyczaj jest jeszcze bardzo dużo innych znajomych: żyjących w sąsiednim domu, przychodzących z wizytą ze swoimi rodzicami, znalezionych tam, gdzie dziecko zajmowało się jakąś ciekawą sprawą… Jeżeli dziecku pragnie obcować – on znajdzie sobie przyjaciół niezależnie od tego, chodzi on w szkołę. A jeżeli on nie chce – znaczy, i nie trzeba. Na odwrót, trzeba cieszyć się tym, że mu nikt nie narzuca obcowania, kiedy on odczuwa potrzebę "odejść w siebie".

U moich dzieciąt bywały różne okresy: czasem oni mogli cały rok przesiedzieć w domu i obcować tylko z domowymi (prawda, rodzina u nas zawsze była nie mała) i korespondować ze swoimi "wirtualnymi" znajomymi. A czasem oni "z głową" zanurzali się w obcowanie. Lecz samo główne {rzecz najważniejszą} – oni samych wybierali, kiedy nimi siedzieć w samotności, a kiedy "wychodzić w ludzi".

I "ludzi", do którego oni "wychodzili", moje dzieci też wybierały samych – to nie był "kolektyw kolegów z klasy", sformowanego przez przypadkowy obraz. To zawsze byli właśnie ci ludzie, z którymi oni chcieli poobcować.

Niektóre myślą, że "domowe" dzieci, nawet jeżeli oni chcą obcować, prosto nie mogą i nie umieją to robić. Dość dziwna obawa. Dziecko przecież żyje nie w kamerze-pojedynczej, a w rodzinie, gdzie mu z samego urodzenia – z dnia na dzień – wypada obcować. (Oczywiście, jeżeli w waszej rodzinie ludzie obcują między sobą, a nie przechodzą milcząco obok, nie zauważając siebie.) Tak że podstawowe "nawyki obcowania" u niego formują się właśnie w domu, a wcale nie w szkole.

Lecz w domu obcowanie zazwyczaj bywa więcej pełnowartościowym, czym w szkole. Dziecko przyzwyczaja się swobodnie dyskutować każde tematy, wyrażać swoje myśli, przemyślać myśli rozmówcy, godzić się z nimi lub sprzeciwiać się, dobierać wiesomyje argumenty w sporze… W domu mu często wypada obcować z tymi, kto powyżej go {je} i obcować "umie" dobrego – kaczestwiennieje, połnocennieje. I dziecku wypada "ściągać się" do poziomu normalnego dorosłego obcowania. On przyzwyczaja się szanować rozmówcę i budować dialog w zależności od sytuacji…

Zgodna – jest tacy "rówieśnicy", którym wszystko to nie trzeba. Którzy pod "obcowaniem" pojmują coś inny. Którzy nie zaczną prowadzić dialogi i szanować rozmówcę. Lecz przecież i waszemu dziecku też nie spodoba się z takimi obcować! On wybierze innych – tych, z kim mu samemu będzie ciekawie.

Jeszcze jedna ważna rzecz – szydzenia i napaść wyrostków na tych, kto czymś odróżnia się od innych. Lub od tych, kto później innych pojawił się w "kolektywie". Na przykład, jeżeli dziecko w 14 lat przechodzi w inną szkołę – to często okazuje się dla niego ciężką próbą.

Przyznaję się: moje starsze dzieci przeprowadzały takie "eksperymenty" Wink. Nimi było ciekawie przymierzyć na siebie rolę "nowiutkiego". Oni zaczynali chodzić w szkołę i z zainteresowaniem obserwowali za zachowanie się klasy. Część kolegów z klasy obowiązkowo próbowała "szydzić". Lecz jeżeli "nowiutki" nie obraża się, nie oburza się, a otwarcie bawi się, słuchając ich "szydzenia" – to ich silnie wprawia w zakłopotanie. Oni nie pojmują, możliwie nie obrazić się na ich wymyślne metafory? Możliwie nie przyjmować to na serio? I bardzo prędko nimi naprzykrza się "szydzić" na próżno Wink.

Inna część kolegów z klasy od razu stawia piętno "nie naszego". Nie tak ubrany, nie taka fryzura, nie tę muzykę słucha, nie o tym rozmawia. No, moje dzieci i samych nie dążyły wejść w liczbę "naszych". I, nareszcie, trzecia grupa – ci, kogo od razu stawało się ciekawie poobcować z tym dziwnym "nowiutkim". T.ie. właśnie ten, że on "nie takiego, jak wszystkie", od razu zapobiegało od niego drugą grupę i od razu przyciągało do niego jedną trzecią.

I ot wśród tych "trzecich" akurat i znajdowali się ci, kogo brakowało normalnego obcowania i którzy okrążali "dziwnego" nowiutkiego uwagą, zachwytem i szacunkiem. A potem, kiedy moje dzieci odchodziły z tej klasy (przetrwawszy tam 3-4 miesiąca – tymczasem {póki} u nich starczał {chwytał} sił wcześnie wstawać każdy ranek, przy naszym absolutnie "zstodołą" domowym trybie życia), niektóre z tych kolegów z klasy pozostawały nimi bliskimi przyjaciółmi. Co więcej Wink, ktoś nawet odszedł w ślad za nimi ze szkoły!

I ot jakie wyprowadzenie zrobiłam z tych "eksperymentów". Moim dzieciom było bardzo LEKKO budować kontaktu z nowym kolektywem. U nich to nie wzywało stresów i silnych negatywnych przeżyć. Oni przyjmowali szkolne "problemy" jak grę, a wcale nie jak "tragedie i katastrofy". Być może, dlatego, że tymczasem {póki} ich koledzy z klasy chodzili w szkołę i tracili energię na prieodolenije tych trudności, których wysuwała przed nimi szkoła (wcześnie wstawać, wiele siedzieć, nie dojadać, przemęczać się, kłócić się z kolegami z klasy i bać się nauczycieli), moje dzieci zamiast tego rosły, jak kwiaty Wink, swobodnie i radosno. I właśnie dlatego wyrośli WIĘCEJ SILNYMI.

Teraz – w związku kontakt innych dzieciąt do tego, kto nie chodzi w szkołę. Za 12 lat widzieliśmy różny Wink. Od głupiego śmiechu małych głupców ("Ha-ha-ha! On nie chodzi w szkołę! On diebił!") do dziwnych form zawiści ("myślisz, że ty mądrzej nas, jeżeli ty nie chodzisz w szkołę? Tak tobie wszystkie te piątki za pieniądze stawiają!") i do szczerego zachwytu ("Poszczęściło się tobie z rodzicami! Mi by tak…").

Częściej wszystek bywało tak. Kiedy jacyś znajomi moich dzieciąt dowiadywali się, że oni nie chodzą w szkołę, to wzywało silne zdziwienie. Aż do szoku Wink. Zaczynało się wypytywanie. Dlaczego, jak ten można, kto to wymyślił, jak odbywa się nauka, i t.d. Wiele dzieci po tym przychodziło do domu, z zachwytem opowiadali swoim rodzicom, że – okazuje się!!! – MOŻNA nie chodzić w szkołę!!! A dalej – nic dobre. Rodzice nie rozdzielali ten zachwyt ;-(. Rodzice objaśniali dziecku, co to jest "nie dla wszystkich". Co pewni rodzice, w pewnych szkołach, dla pewnych dzieciąt, za pewną płacę… A oni – nie "to niektóre". I niech dziecko zapomni na zawsze. Dlatego że w NASZEJ szkole takie nie pozwolone! I punkt.

I dziecko następnego dnia z ciężkim westchnieniem mówiło mojemu: "Tobie dobrze, tobie MOŻNA nie chodzić w szkołę. A mi NIE WOLNO. Mi moi rodzice powiedzieli, że w naszej szkole to nie rozstrzyga się".

Czasem (widocznie, jeżeli dziecko nie zadowalało się taką odpowiedzią) mu zaczynali objaśniać, że on – NORMALNEGO, w odróżnieniu od takich, którzy NIE CHODZĄ w szkołę. Tu było dwa fabuły. Albo mu objaśniali, że jego znajomy (t.ie. moje dziecko, które nie chodzi w szkołę), na samej sprawie umysłowo zacofanego, dlatego on NIE MOŻE uczyć się w szkole. A wcale nie "nie chce", jak tu próbowali przedstawić. I trzeba nie zazdrościć mu, a na odwrót – trzeba cieszyć się, że "ty-to normalnego, i MOŻESZ uczyć się w szkole!!!"

Albo rodziców "zanosiło" w inną ostateczność, i oni opowiadali, że trzeba mieć bardzo dużo pieniędzy, by pozwolić swojemu dziecku nie chodzić w szkołę, a prosto "kupować" mu oceny.

I tylko kilka razy za wszystkie te lata rodzice ustosunkowali się {odnieśli się} do takiego opowiadania z zainteresowaniem. Oni szczegółowo rozpytali się wpierw swojego dziecka, potem mój, potem mnie – a potem Wink też zabrali swojego ze szkoły Wink. Do radości ostatniego. Tak że na moim wynikowi {rachunkowi} – kilka "uratowanych" Wink od szkoły dzieciąt.

Lecz w większości wypadków znajomi moich dzieciąt prosto liczyli, że moim dzieciom poszczęściło się Wink z rodzicami. Dlatego że nie chodzić w szkołę, na ich spojrzenie, to bardzo cześć, lecz żaden "normalny" rodzic takiego nie pozwoli swojemu dziecku. No, a u moich dzieciąt rodzice "nienormalni" (po wielu parametrach) – tak że nimi poszczęściło się Wink)). I nie ma co {coś} przymierzać na siebie ten sposób życia, dlatego że to niedosięgalne marzenia.

Tak że u rodziców Wink jest szansa ucieleśnić "niedosięgalne marzenie" swojego dziecka. Pomyślcie o tym.

PODOBA SIĘ LI MOIM DZIECIOM NIE CHODZIĆ W SZKOŁĘ

Odpowiedź jednoznaczna: TAK. Gdyby było inaczej, oni by prosto chodzili w szkołę. Ja nigdy nie pozbawiałam ich takiej możliwości, i za które przeszli 12 lat było dokonane kilka prób to robić. Nimi samym było ciekawie porównać chodzenie w szkołę i domową swobodę. Każda taka próba dawała nimi jakieś nowe odczucia (nie wiedze! – wiedze oni zdobywali nie w szkole!) i pomagała nimi pojąć coś ważne – o sobie, o innych, o życiu… T.ie., niewątpliwie, to było bardzo pożyteczne doświadczenie. Lecz każdy raz wyprowadzenie był jednego i ten sam: w domu dobry Wink.

Myślę, że już nie ma sensu wymieniać, dlaczego nimi dobrym w domu. I tak już wszystkie zrozumiale Wink – można zajmować się tym, że tobie ciekawie, ty samego rozwiązujesz, że tobie robić i kiedy, tobie nikt niczego nie narzuca, tobie nie trzeba wcześnie wstawać i dławić się w społecznym transporcie… I Tak Dalej, i temu podobne…

Myjąc córka sformułowała swoje odczucia od chodzenia w szkołę tak: "Przedstaw – wypróbowujesz silne pragnienie. I by zaspokoić swoją pożądam ("pożądam" znajomości), przychodzisz do ludzi (w socyum, do nauczycieli, w szkołę) i prosisz ich zaspokoić twoje pragnienie. I tu oni związują ciebie, wyrywają 5-litrów lewatywy i zaczynają lać w ciebie w wielkiej ilości jakąś burą płynną masę… I mówią, co to jest zaspokoi twoje pragnienie…" Nieokrzesanie Wink, lecz uczciwie.

I jeszcze jedna obserwacja: człowiek, który nie przesiedział 10 lat na szkolnej rodzinie, wyraźnie odróżnia się od innych. Jest w nim coś takie… Jak powiedziała jedna nauczycielka o mojego dziecka - "patologiczne uczucie swobody" Wink.

http://birth.ft.ins.ru/102.shtml

Coś mi w żaden sposób nie udaje się żegnać się ze szkołą Wink – po dwu wypuszczeniach rozsyłania przyszła taka ilość listów, że ja nawet nie zdążałam na nich odpowiadać. Prawie we wszystkich listach były pytania o domowej nauce i prośby opowiedzieć jeszcze coś na ten temat. (Nie licząc tych krótkich listów, gdzie mi prosto komunikowali, że "otworzyłam oczy" pewnym rodzicom Wink ).

Mnie zadziwiła taka burzliwa reakcja na ostatnie 2 wypuszczenia. Niby by, prenumeratorami rozsyłania głównie stawali się ludzie, którym byli ciekawi domowe porody - a tu taki daleka od nich temat... Lecz potem pomyślałam, że, z pewnością, o domowe porody już i tak wszystkim wszystko jasno Smile - a ot nie oddawać dziecięta w szkołę jeszcze mało kto waży się. Terytorium bycia nieznanym.

("…Czytałem i radosno podskakiwałem: "Ot, ot, to realnie!! Znaczy i też będziemy mogli!" Smile Odczucie, porównywalne z przejażdżką niegdyś do Moskwy, na seminarium po domowych rodach. Niby i informacja-to wszystka znana z książek. Lecz u nas w gorodiszkie nie z kim poobcować o domowych porodach, a tu – ot oni, kilka rodzin, które rodziły w domu, i Sargunasy, które przyjęli na ten moment koło 500 rodów, i które rodzili w domu troje z czworga dzieciąt. I która przyszła w rezultacie pewność, że wszystko wyjdzie właśnie tak, jak zamyślone, kosztowała tych pieniędzy, że zapłaciliśmy za seminarium. Ot tak i z tymi numerami rozsyłania. My BARDZO jesteśmy natchnięci! Dziękuję za taki rozwinięty i szczegółowy opis!")

Dlatego zdecydowałam "odsunąć" zaplanowane tematy i wtajemniczyć jeszcze jedno wypuszczenie odpowiedziom na pytania czytelników. I zgodnie opublikować jeden ciekawy list.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Listy czytelników i odpowiedzi na pytania.

"…Rażona do głębokości duszy {natrysku}! Dziękuję za OBJAWIENIE, dla naszej rodziny (i dla mnie osobiście) ono przybyło teraźniejszym objawieniem, że tak można robić i co to jest ktoś już robi. Przypominam sobie swoje szkolne lata ze zgrozą i pogardą. Szkołę mało nazwać nie kocham, prosto boję się oddać na rozszarpanie temu monstru swoich przyszłych {będących} dzieciąt, nie chcę nimi podobnych tortur…"

"…Wasz artykuł ja potrząsnął. Ja sam zakończyłam szkołę 3 roku w tył, lecz dotychczas świeży wspomnienia. Szkoła dla mnie - przede wszystkim nieobecność swobody, kontrola nauczycieli nad dzieciętami, okropny strach nie odpowiedzieć, krzyki (do wymysłów nawet dochodziło). I dotychczas dla mnie człowiek-nauczyciel - coś nie od pokoju {świata} tego, ja ich obawiam się. Niedawno przyjaciółka, która przepracowała nauczycielką 2 miesiąca, opowiedziała, że teraz w szkołach w ogóle koszmar - przy niej jednego chłopaka tak poniżyła nauczycielka, że nią, dorosłej kobiecie, pragnęło przez ziemię wpaść. A co było z dzieckiem? I ich poniżają tak prawie każdy dzień.

Jeszcze jedna historia, która zdarzyła się z dalekiej znajomej mojej mamy - chłopak 11 lat, podsłuchawszy telefoniczną rozmowę jego mamy z nauczycielką (mu postawili 2), wyskoczył w okno (został żywy). U mnie tymczasem {póki} nie dziecięta, lecz bardzo boję się oddawać ich w szkołę. Nawet w najbardziej lepszą - przecież nieuchronna "łamanie" dziecięcego "Ja" ze strony nauczycieli. Na ogół, poruszyliście bardzo ciekawy temat. Nic podobnego ja nigdy nie słyszałam…"

-------------------------------------------------------

Ksienija:

Oczywiście, nie u wszystkich zostały takie mroczne wspomnienia o szkole. Lecz sam fakt, że oni są (i nie u jednego człowieka, który, być może, "sam winien" w swojej nieumiejętności "przystosować się", a u wielu!), zastanawia. Jeżeli pewnym dzieciom szkoła zdaje się "monstrom", a od nauczycieli te dzieci czekają nie "dobrego i wiecznego", a tylko na poniżenia i krzyku – nie jest to dosyć ciężką przyczyną dla "ratunku" naszych dzieciąt od takiego ryzyka?

Przynajmniej, nie będziecie śpieszyć się mówić "u nas dobra szkoła" lub "znajdziemy dobrą szkołę". Spróbujcie pojąć, potrzebna szkoła właśnie waszemu dziecku i właśnie w tym wieku. Spróbujcie wyobrazić sobie, że właśnie szkoła będzie robić z waszego dziecka, i chcecie wy tego. I jak właśnie wasze dziecko będzie reagować na tę "przeróbkę" swojej osobowości. (A chcielibyście wy samych, by z nas zwracaliście się tak, jak zwracają się w szkołach z dzieciętami?)

Ale ogólnych recept tu, jak i w każdej sprawie, nie. Najwyżej "nie naszkódź" Wink.

W pewnych sytuacjach chodzić w szkołę być może poleznieje, czym siedzieć w domu – jeżeli szkoła daje dziecku coś lepsze, czym on może otrzymać w domu. Najprostszy przykład – pijący niewykształceni rodzice i dom, w którym nie książek i komputerów i w którego nie przychodzą ciekawe goście. Ma się rozumie, w szkole dziecko może otrzymać znacznie więcej, czym w takim "domu". Lecz sądzę, że wśród czytelników rozsyłania takich rodzin nie i być nie może Wink.

Inny przykład – rodzice, którzy wcześnie rano odchodzą do pracy i późnym wieczorem wracają, które zmęczyli się i niepoczytalnych. Nawet jeżeli dziecku bardzo ciekawie obcować i z nimi, i z ich gośćmi (powiedzmy, w wyjściowych) – mu spodoba się siedzieć w domu tylko w tym wypadku, jeżeli on w ogóle niezbyt towarzyskiego i umie rozkoszować się samotnością. Jeżeli zaś mu niedostatecznie obcowania tylko w wyjściowych, a pragnie obcować każdy dzień – ma się rozumie, właśnie w szkole on będzie mógł zadowolić tę potrzebę.

Trzeci przykład – rodzice są zupełnie zdolne poświęcać dziecku wiele czasu, lecz krąg jego zainteresowań zbyt silnie odróżnia się od kręgu zainteresowań rodziców i ich przyjaciół. (Przypuśćmy, w rodzinie muzyków rośnie dziecko, "zwariowanego" na programowaniu – a oni na ten temat trzech słów związać nie mogą.) W takiej sytuacji dziecko zupełnie może znaleźć sobie odpowiedni krąg obcowania właśnie w szkole.

Tak że powtórzę jeszcze raz: czasem chodzić w szkołę ewidentnie dobry, czym siedzieć w domu. Właśnie "czasem", a nie "zawsze" Wink. Zanim podejmować decyzję o tym, potrzebna szkoła właśnie temu waszemu dziecku – pomyślcie o tym, że mu ciekawie i gdzie on będzie mógł realizować swoje interesy dobre – w domu lub w szkole. I dosyć on silny, by obronić siebie od zamachów rówieśników i nauczycieli na jego osobistą swobodę

. --------------------------------------------------------

"Mi niezrozumiale, jak zajmowały się Wasze dzieci same w wieku 7-9 lat. Przecież nimi jeszcze złożenie w tym wieku z podręcznikami, gdzie rozpisani miękkie, twarde dźwięki i t.p. (samej złożenie zorientować się w podręcznikach kuzynki, nią Sool, z matematyką też złożenie zorientować się - jak może dziecko na własną rękę pojąć dodawanie, dzielenie i t.p., nawet jeżeli on już dobrze czyta, mi zdaje się, to w ogóle niemożliwie zrobić bez pomocy dorosłego". --------------------------------------------------------

Ksienija:

Ja jestem doskonale zgodna z tym, że mało kogo z dzieciąt w 7 lat ciekawie i zrozumiale wszystkie, że napisane w szkolnych podręcznikach dla młodszych klas. (Ja, oczywiście, widziałam te podręczniki i też dziwiłam się temu, jak tam wszystkie złożenie i zagmatwanie – jakby autorzy postawili przed sobą cel zasugerować dzieciom i rodzicom, że na własną rękę nikt w tym nie rozzabiera się, tak że pan będzie łaskaw chodzić w szkołę i słuchać nauczyciela.) Lecz ja z tego zrobiłam inne wyprowadzenie Wink – a trzeba 7-letniemu dziecku we wszystkim tym orientować się? Niech dobry zajmuje się tym, że mu ciekawie, i tym, że u niego wychodzi.

Kiedy robiłam moich "pierwszych kroki" w tym kierunku – t.ie. prosto zabierałam dziecka ze szkoły i przeprowadzałam go {je} na "domową naukę" – mi jeszcze wydawało się, że trzeba podtrzymywać widoczność tego, że dziecko porusza się "równolegle" z rówieśnikami – w 7 lat przekazuje zaliczenia za 1 klasa, w 8 – za drugim, i tak dalej. Lecz potem (z trzecim dzieckiem) pojęłam, co to jest nikomu nie trzeba Wink.

Jeżeli zaś 10-letnie dziecko bierze podręczniki za 1, 2, 3 klasę, to on zdolny szybko i lekko zorientować się we wszystkim, że tam napisane. I prawie bez ingerencji dorosłych. (O tym mnie mówiła i wykładowczyni, która już więcej od 10 lat przyjmuje u ekstiernow egzaminy za szkołę podstawową: dzieci, które zaczynają uczyć się w 9-10 lat, przechodzą całą szkołę podstawową za kilka miesięcy bez napięcia. A ci, kto zaczyna uczyć się w 6-7 lat, posuwają się o wiele miedlennieje. Nie dlatego, że oni głupieje!!! Prosto oni jeszcze nie gotowi "trawić" takie objętości informacji i bystrieje męczą się.) Tak stoi zaczynać w 7 lat, by ukończyć szkołę podstawową w 10, jeżeli można zacząć bliżej do 10 i zrobić to w kilka razy bystrieje?

Prawda, tu jest jedna cienkość. Jeżeli dziecko do 9-10 lat nie tylko nie chodziło w szkołę, lecz również w ogóle niczym nie zajmował się (leżał na kanapie i oglądał telewizję) – oczywiście, przejść cały program szkoły podstawowej szybko i lekko on chyba nie będzie mógł. Lecz jeżeli on dawno już nauczył się czytać i pisać (niech i nie tak, jak uczą się w propisiach), jeżeli on wszystkie te lata zajmował się jakimiś ciekawymi sprawami (t.ie. rozwijał się, a nie stał w miejscu), to szkolny program nie wywoła u niego żadnych trudności.

On już przyzwyczaił się rozwiązywać "zadania", z którymi on zderzał się w jakichś innych sferach działalności, i opanowanie szkolnego programu staje się dla niego tylko "jeszcze jednym zadaniem". I on lekko z niej poradzi sobie, dlatego że zdobył "nawyk rozwiązania zadań" w innych obwodach

. --------------------------------------------------------

"…Nie wierzy się, że dzieci przechodzą szkolny program bez pomoce dorosłe. I nie podobnie, że do Was wciąż chodzą domowi nauczyciele, którzy wciąż zajmują się z Waszymi dzieciętami. Znaczy, Wy samych ich uczycie się?"

--------------------------------------------------------

Ksienija:

Nie, bardzo rzadko wtrącam się właśnie w "proces nauki". Tylko jeżeli u dziecka powstaje jakieś bardzo konkretne pytanie, na który ja mogę mu odpowiedzieć.

Idę po innej drodze. Prosto próbuję donieść do ich świadomości myśl (zaczynając z wczesnego dzieciństwa), że oni powinni byli samych robić wyboru i samych dokładać starań dla realizacji tego wyboru. (Ta ta umiejętność, którego bardzo brak wielu dzieciom.) Przy tym zostawiam za dzieciętami PRAWO zrobić nie ten wybór, który ja będę liczyć poprawnym ;-(. Zostawiam za nimi prawo na ich własne błędy.

I jeżeli już oni SAMYCH rozwiązują, że nimi TRZEBA nauczyć się szkolnego programu, tego tego już 90% sukcesu Smile. Dlatego Że w tym wypadku oni uczą się nie "dla rodziców", nie "dla nauczyciela" i nie "dla oceny" - a sami dla siebie. A mi zdaje się, że wiedze, przyswojone PRZEZ TAKI sposób - najbardziej jakościowi. Niech nawet ich będzie mały po objętości Wink.

I zadanie "wychowania" widzę właśnie w tym – nauczyć dziecka pojmować, że mu trzeba. Właśnie mu, a nie jego krewnym. Chcę, by moje dzieci uczyły się nie dlatego, że "wszystko uczą się" lub dlatego, że "tak położone" – a dlatego, co to jest trzeba nimi samym. Jeżeli Wink trzeba.

Prawda, tu – jak i wszędzie - nie uniwersalnych "recept". Ja już z trzecim dzieckiem idę po tej drodze, i każdy raz natykajuś na NOWE przeszkody Wink. Wszystkie moje dzieci doskonale różnie odnoszą się i do nauki, i do życia. I do każdego potrzebny szczególne podejście – absolutnie nowy, absolutnie nie podobny na to, że już zdążyłam wymyślić wcześniej. (Każde dziecko – ta nowa przygoda z niepriedskazujemym rezultatem Wink.)

--------------------------------------------------------

"…Chociaż, zostało jednakże aktualnym dla mnie pytanie motywowania dzieciąt uczyć się. No po co nimi to trzeba? Jak motywowaliście? Opowiadali, że w życiu bez wykształcenia {tworzenia} nic nie dopiąć? Lub każdym nowym przedmiotem interesowali, i na tym zainteresowaniu wszystek przedmiot pokonywali?"

--------------------------------------------------------

Ksienija:

"Sistiemnogo" podejścia u mnie nie ;-(. Szybciej, prosto rozmowy o życiu. Dzieci, na przykład, dość jasno wyobrażają sobie, w czym składa się {polega} myjąc praca – jeżeli jest możliwość, bardzo szczegółowo odpowiadam na wszystkie dziecięce pytania. (No, na przykład, 4-letnia córeczka siedzi u mnie na kolanach, kiedy redaguję tekst, i naciska pachą na nożyce, kiedy wydzielam niepotrzebny kawałek - z niej punkty widzenia, ona "pracuje" razem z jako ja, a po chodzie sprawy {spraw} ja nią szczegółowo opowiadam, że i po co robimy. Ja, być może, i "stracę" na tym minut 10-15 - natomiast z dzieckiem poobcuję jeszcze raz Wink )

I dzieciom zrozumiale, że taką pracę zazwyczaj robią ludzie, którzy otrzymali określone wiedze i umieją coś takie, czemu trzeba było specjalnie uczyć się. I u nich jakoś naturalnie powstaje myśl o tym, że trzeba wpierw pouczyć się, by potem zajmować się w życiu tym, że tobie podoba się i ciekawie.

A co właśnie nimi ciekawie – ten oni szukają samych. Ja nie jestem skłonna wtrącać się w ten proces. Jeżeli nie ograniczać dostęp do informacji – dziecko samo znajdzie to, że mu trzeba. A kiedy zainteresowanie już sformowało się – oczywiście, ja z przyjemnością będę podtrzymywać rozmowy na te tematy. Wink Dotąd, tymczasem {póki} smogowi. Z jakiegoś momentu dziecko "wyprzedza" mnie w tym, że mu ciekawie, i dalej pozostaję tylko zainteresowanym słuchaczem.

Zauważyłam, że lat z 10-11 moje dzieci zazwyczaj same stają się dla mnie "źródłem informacji" – oni już mogą opowiedzieć mi wiele takiego, o czym ja nigdy nie słyszałam. I mnie nic nie martwi, że u każdego z nich jest swoja "sfera zainteresowań", w którą nie wchodzi większość "szkolnych przedmiotów".

--------------------------------------------------------

"…A jak postępowali w razie złośliwego wielodziennego "otdochnowienija" od nauki?"

--------------------------------------------------------

Ksienija:

Wink W żaden sposób. Ot teraz już październik - a mój syn (niejako "piatikłassnik") jeszcze i nie przypomina sobie, że uczyć się pora. Kiedy przypomni sobie – będziemy rozmawiać na ten temat. Starsze dzieci zazwyczaj gdzieś do lutego przypominały sobie, a do kwietnia zaczynali uczyć się. (Ja nie będę liczyć, że uczyć się trzeba każdy dzień. Oni zaś w pozostały czas nie plujut w sufit, a też czymś zajmują się - t.ie. "móżdżek" wszystko jedno pracują.)

--------------------------------------------------------

"…I jak oni znajdowali się dniem w domu? Pod Waszym doglądem, lub była niania, babcia... Lub z pierwszej klasy jedni w domu byli?"

--------------------------------------------------------v

Ksienija:

Pojęłam, że więcej nie chcę chodzić do pracy, kiedy u mnie rodziło się drugie dziecko. I ot już wiele lotu pracuję tylko w domu. Tak że dzieci bardzo rzadko pozostawały w domu jednych. (Tylko kiedy sami zechcą – by zadowolić swoją potrzebę w samotności, która jest u każdego człowieka. Dlatego, kiedy wszystka rodzina dokądś zbiera się, jeden z dzieciąt zupełnie może powiedzieć, że mu pragnie zostać w domu jednemu – i nikt nie zdziwi się.)

Lecz również "doglądu" (w sensie "kontroli") u nas nie było: zajmuję się swoimi sprawami, oni – swoimi. A jeżeli powstaje potrzeba poobcować – to można zrobić prawie w każdej chwili. (Jeżeli zaś robię coś terminowe lub ważne, prosto mówię dziecku, kiedy właśnie u mnie będzie przerwa w pracy. Nierzadko do tego momentu dziecko uspiewajet zaparzyć herbatę Wink i czeka mnie w kuchni dla obcowania.)

Jeżeli zaś dziecku rzeczywiście potrzebna myjąc pomoc, a ja nie pożyczona terminową pracą – oczywiście, mogę odłożyć swoje sprawy i pomóc.

Z pewnością, gdybym odchodziła do pracy na wszystek dzień, moje dzieci uczyłyby się jakoś inaczej. Być może, oni chętniej chodziliby w szkołę (przynajmniej, w pierwsze lata nauki). A być może, na odwrót – nimi byłoby przyjemnie odczuwać swoją pełną samodzielność i niepodległość, i oni chętnie siedzieliby w domu w samotności.

Lecz takiego doświadczenia u mnie nie i Wink, myślę, już nie będzie. Mi tak podoba się siedzieć w domu, że chyba nie kiedyś przełożę inny sposób życia.

-------------------------------------------------------- "…Ja zadziwiony, czyżby za bez przerwy nauki waszych dzieciąt nimi nie trafiłem się w szkołach chociażby jeden ciekawy nauczyciel priedmietnik. Czyżby żaden z przedmiotów nimi nie pragnęło uczyć się więcej głęboko (nie tylko oswoić szkolne minimum)? Po wielu przedmiotach szkolne podręczniki są dosyć biedne (zanudni, źle napisani, prosto przeżyli się lub nieciekawi). Dobry nauczyciel znajduje najróżniejsze materiały dla lekcji z różnych źródeł, i takie lekcje bardzo ciekawe, na nich nie powstaje życzenia pogadać z podrużkoj, poczytać książkę, zrobić domaszku po algebrze i t.d. Przeciętny nauczyciel zmusza notować paragrafy z podręcznika i opowiadać blisko do tekstu. Sad Czyżby to tylko mi tak poszczęściło się z nauczycielami? Mi podobało się chodzić w szkołę. Mi podobała się większość moich nauczycieli. Chodziliśmy w marsze, rozmawialiśmy na najróżniejsze tematy, dyskutowały książki. Ja bym z pewnością liczne straciła, gdyby siedziała w domu i oswajała podręczniki…"

-------------------------------------------------------- Ksienija: W paru słowach – wszystkie te możliwości, o których piszecie, dostępni nie tylko tym, kto chodzi w szkołę. Lecz spróbuję odpowiedzieć na wszystkich po kolei.

Jeżeli dziecka interesuje jakiś poszczególny przedmiot, którym niemożliwie zajmować się w domu - można chodzić w szkołę tylko na te lekcje, a wszystko reszta przekazywać ekstiernom. A jeżeli chemia i fizyka mu nie ciekawi - przekazać egzamin można bez wszelkich doświadczeń. Domowa nauka pozwala nie tracić czas na próżno na to, że dziecku nie ciekawie.

Co się tyczy ciekawych nauczycieli – oczywiście, takie wpadały. Lecz czy to ciężka przyczyna dla tego, by chodzić w szkołę Wink))? U nas w domu, wśród gości, wpadały najmniej ciekawe ludzi, z którymi można było obcować sam na sam, a nie w tłumie, na tych zaś same tematy. A przecież osobiste obcowanie - to o wiele intieriesnieje, czym siedzenie w klasie wśród tłumu uczniów.

Co się tyczy zagłębionego badania poszczególnych przedmiotów - czy to obowiązkowo robić w szkole Wink? Dla tego jest masa książek i innych źródeł informacji. Ponadto w szkole są "ramy", zadane przez program, a przy samodzielnym badaniu ramek nie. (Na przykład, mój syn latom do 14 już dość swobodnie porozumiewał się po-anglijski, a szkolne zaliczenia przekazywał "z chodu", nawet nie wiedząc zawczasu, że tam będą pytać. No i po co mu byłby szkolny angielski, nawet przy obecności dobrego nauczyciela?)

Piszecie, że dobry nauczyciel, oprócz podręczników, wykorzysta najróżniejsze materiały. Smile Lecz przecież ciekawe dziecko też znajduje najróżniejsze materiały, jeżeli mu ciekawy ten przedmiot. Książki, encyklopedie, Internet - wszystko, wszystko.

W związku marszy i rozmów na abstrakcyjne tematy. Smile)) Tak i moje dzieci nie siedziały w domu w pełnej samotności. Oni zajmowali się tym zaś samym! Tylko nie z "kolegami z klasy", a z przyjaciółmi (którzy, prawda, byli powyżej – i dlatego jeszcze intieriesnieje). Trafnie, z przyjaciółmi-studentami można było chodzić w marsze nie tylko w czasie szkolnych wakacji, lecz w każdą porę roku i na każdą ilość dni.

U mojej córki, na przykład, całych 4 "marszowe" kompanie (ją zaczęli brać w takie marsze lata z 12)- alpiniści, spieleołogi, kajakarze i ci, kto prosto kocha poobowiązkowi żyć w lesie. A między marszami oni często bywają u nas w domu, i inne moje dzieci też z nimi znajomi i też mogą pójść w jakikolwiek marsz razem z siostrą. Jeżeli zechcą.

--------------------------------------------------------

"…A wy nie próbowaliście prosto znaleźć dobrą szkołę z dobrymi nauczycielami? Czyżby we wszystkich opróbowanych przez was szkołach nie znalazł się niczego atrakcji, czemu by boks {kosztował} pouczyć się?"

--------------------------------------------------------

Ksienija:

Smile Moje dzieci SAME próbowały, kiedy nimi pragnęło. Na przykład, myjąc córka w ostatnie 2 szkolne roku uczyła się w niejakiej specszkole, dokąd było bardzo nieproste postąpić (ona sam znalazła tę szkołę, doskonale przekazała egzaminy i odzwyczaiła się tam 2 roku w "codziennym" reżimie).

Prosto nią spodobało się spróbować, co takiego medycyna, a w tej szkole u nich była praktyka w szpitalu, i razem ze świadectwem ona otrzymała dyplom pielęgniarki. Innego sposobu badać "spód medycyny" ona nie widziała, dlatego zrobiła taki wybór. (Ja nie w zachwycie Wink od tego wyboru – lecz ja nigdy nie zaczęłabym pozbawiać ją prawa na własną rękę robić wyboru, podejmować decyzję i starać się swojego celu. Mi zdaje się, to główne {rzecz najważniejsza}, czemu ja – jak jestem rodzicem - należyta była ją nauczyć.)

--------------------------------------------------------

"…Wspominaliście, że Wasze dzieci dorabiały i miały jakieś źródła dochodu w te miesiące, kiedy oni nie chodzili w szkołę. Lecz po co ten trzeba? Ponadto ja w ogóle nie pojmuję - jak może dorabiać dziecko, jeżeli nawet dorosłe z trudem znajdują pracę? Nie wagony zaś oni rozładowywali, mam nadzieję?" --------------------------------------------------------

Ksienija: Nie, do wagonów oni nie wpadli na myśl Wink. Wszystko zaczęło się z tego, że mojemu starszemu synowi (któremu było wtedy 11 lat) ja sam zaproponowałam niedużo popracować na mnie. Mi czasem potrzebny był tajpist dla rekrutacji tekstów na różnych językach, łącznie z fińskim. A u mojego syna to wychodziło bardzo szybko i jakościowo – i on robił to za tę zaś płacę, która była ustawiona dla "obcych" tajpistow. Potem on po trochu zaczął przeprowadzać proste akta (oczywiście, potem jego pracę dokładnie sprawdzali – lecz w charakterze "czeladnicy" on mnie zupełnie urządzał) i nawet pracował u mnie jako goniec z 12 lat.

Potem, kiedy syn wyrósł i zaczął żyć osobno, go {je} "zmieniła" myjąc starsza córka - też dorabiała u mnie tajpistkoj i gońcem. A jeszcze ona razem z moim mężem pisała przeglądy dla czasopism - u nich było wyraźne rozdzielenie obowiązków przy przygotowaniu tych materiałów, i ona otrzymywała określoną część honorarium. Co miesiąc.

Po co ten trzeba? Mi zdaje się, dla uświadomienia sobie swojego teren w materialnym pokoju {świecie}. Wiele dzieci bardzo niejasno przedstawia, co takiego pieniądze i skąd oni zabierają się. (Wiem dość dorosłych "dzieciąt" (powyżej 20 lat), których zdolnych urządzić mamie skandal zza tego, że ona nimi nie kupiła jakiś sweter lub nowy monitor.)

Jeżeli dziecko spróbowało wykonywać jakąś pracę za pieniądze, to u niego powstaje więcej wyraźnego pojęcia o tym, że każde pieniądze są związane z czyimiś zatraconymi wysiłkami. I powstaje zrozumienie odpowiedzialności, którą podejmujesz się, zabrawszy się do jakąś pracę.

Prócz tego, dziecko prosto otrzymuje pożyteczne doświadczenie życiowe – on uczy się wydawać zarobione pieniądze optymalnym obrazem. To przecież też nie wszystko umieją robić Wink. A w szkole temu nie uczą się.

I jeszcze jeden pożyteczny "poboczny efekt" – praca, choć bardzo to dziwny, dopinguje dążenie do wiedz. Spróbowawszy zarabiać pieniądze, dziecko zaczyna pojmować, że ilość pieniędzy zależy od tego, że on umie robić. Można być gońcem, jeździć po czyichś poleceniach i otrzymywać mało – a można napisać artykuł i otrzymać tyle samo pieniędzy za znacznie mniejszy czas. A można nauczyć się jeszcze czegoś i zarobić jeszcze więcej. On zaczyna zamyślać się o tym, co on w ogóle chce od życia. I próbuje znaleźć optymalny sposób osiągnięcia tego celu. Nierzadko optymalnym sposobem okazuje się właśnie nauka! Tak Wink podeszliśmy z innej strony do odpowiedzi na pytanie o dopingowaniu nauki.

A teraz – obiecany ciekawy list.

-------------------------------------------------------- Wiaczesław z Kijowa:

Chcę podzielić się pewnym swoim doświadczeniem (przeważnie - pozytywnym, "chociaż nie bez zgub") i swoimi myślami stosunkowo "nie chodzić w szkołę".

Doświadczenie u mnie właśnie mój, a nie doświadczenie moich dzieciąt - ten ja nie chodził w szkołę, raczej {słuszniej}, prawie nie chodził. Wyszło tak "samo" - ojciec odjeżdżał pracować w głuchą wieś, po rzędzie zupełnie oczywistych przyczyn sensu przenosić się w tamtejszą szkołę (która była, ponadto, kilometrów edak za siedem) sensu nie było. Z innej strony, to był niejako świadomy wybór: mama pozostawała w Moskwie, i, w zasadzie, mogłem nigdzie nie odjeżdżać. Mieszkalny ja wszystko jedno to tam, to tam. Na ogół, zostałem nominalnie dopisanym do szkoły w Moskwie, a uczyłem się, siedząc w wiejskiej chacie za czterysta kilometrów od onogo miasta-bohatera.

Do słowa: to było do 1992 roku, i prawodawczej bazy wtedy jeszcze nie było - lecz umówić się zawsze można, formalnie kontynuowałem uczyć się w jakiejś klasie. Oczywiście, ważna pozycja dyrektora (a mu, "pieriestrojecznomu" liberałowi, mój wypadek był, zdaje się, prosto ciekawy). Lecz ja nie pamiętam w ogóle, by byli jacyś priepony ze strony nauczycieli (chociaż zdziwienie i niezrozumienie, oczywiście, było).

Głównie był wstrząs ze strony rodziców, i pierwszy raz mama schodziła {poszła} i umówiła się z dyrektorem, lecz potem, przed następującymi klasami, chodził - umawiał się - brał podręczniki - i t.p. już ja sam. Rodzicielska polityka była niekonsekwentnej - ten mnie zmuszały z rzędu w obowiązkowym porządku wszystkie ćwiczenia z podręczników po algebrze i innym geometriom, to na miesiące zapominali, że ja w ogóle "typu uczę się". Dość szybko pojąłem, że bezmyślnie ROK przechodzić tę herezję, i albo wbijam wa-aszcze (z nudów), albo zajmuję się bystrieje.

Przekazawszy po wiośnie egzaminy za jedną klasę, wziąłem na lato podręczniki na następującego, i po jesieni był przeprowadzony (po dosyć nieuciążliwej procedurze) przez klasę; za następujący rok przeszedłem trzy klasy. Potem stało się już trudnieje, i ostatnią klasę ja już "w porządku" uczyłem się w szkole (wróciliśmy do Moskwy), chociaż też stosunkowo - w szkołę chodziłem dnia dwa-trzy w tydzień, dlatego jak były inne sprawy - dorabiałem, wiele uprawiałem sport i t.p.

Ukończyłem szkołę ja w 14 lat. Noncze mi 24, i mogę, chyba - nagle ten komuś ciekawie, powiedzmy, jeżeli kto oblicza "plusy" i "minusy" takiego systemu? - spróbować określić, że mi dało takie doświadczenie, co pozbawił i jakie są w takiej sprawie podwodne kamienie.

Sucha pozostałość:

- unikłem kazarmiennoj atmosfery szkoły. U mnie włosy sztorcem wstają, kiedy myjąc małżonka (która ukończyła szkołę zwyczajnym sposobem i zarobiwszy złoty medal) opowiada mi o swoim szkolnym doświadczeniu - mi to prosto nieznanie, i ja temu niewypowiedzianie rad. Mi nieznani wszystkie te idiotyzmy z kratkami z kraju stronicy, "życiem kolektywu" i t.p.

- mogłem samego zarządzać swoim czasem i zajmować się tym, czym chciałem. Chciałem wiele czego, chociaż niczego z przedmiotów, którym ja wtedy z zainteresowaniem i wiele zajmowałem się - na przykład, rysowanie - nigdy mi nie przydało się, nie stało się moim zawodem i t.p. Nie stoi przesadzać zdolności 11-12-letniego dziecka wybierać sobie będący zawód. Maksimum byłem zdolny sformułować, czym ja nie będę zajmować się nigdy, że już dobrze - nie traciłem wiele sił na wszystkie te algebry i inne geometrie... (Myjąc małżonka, dla przykładu, opowiada, czym ona nie mogła zajmować się i że ona była zmuszona rzucić w ostatnie klasy szkoły, dlatego że nie zdążała robić lekcje! U mnie takiego problemu nie było - poświęcałem szkolnemu programowi równo tyle czasu, by przekazać i zapomnieć, spokojnie czytałem sobie podszywki czasopism "Techniki-Młodzieże" i "Nauka i religia" za kilkadziesiąt lata, biegały biegi na przełaj, rozcierał kamienie w proszek (dla naturalnej farby, wykorzystanej w malarstwie ikon) i jeszcze bardzo dużo co.)

- Ja jestem smogiem ukończyć szkołę wcześnie i otrzymać "foru" - dla przykładu, przed frontem majaczącego u mnie (jak i u każdego zdrówej osobi mużeska połę) na horyzoncie "honorowego obowiązku". Od zaraz postąpił w instytut, i poszło-pojechało... ukończył onyj w 19, postąpił w studia doktoranckie...

- Mówią, że jeżeli nie uczyć się w szkole, to trudno będzie w instytucie, jeżeli, oczywiście, w onyj pójdziesz. Bzdura. W instytucie-to już (i czym dalej - tym więcej) ważne nie kratki z kraju stronicy, a zdolność do samodzielnej pracy, która akurat i osiąga się (niezgrabnie jakoś dźwięczy, lecz to prawda) doświadczeniem samodzielną pracę, jaką u mnie był. Mi było znacznie lżej, czym wielu odnokursnikam - na ile by lat oni mnie nie byli powyżej - pójść drogą naukowej pracy, mi nie była potrzebnym opieka ze strony kierownika i t.p. Właściwie, teraz ja naukową pracą i zajmuję się, i zupełnie z powodzeniem.

- "Piatierocznogo" świadectwa u mnie, oczywiście, nie. I chyba nie ja bym zupełnie na własną rękę, bez korepetytorów i t.p., nawet gdybym postawił przed sobą takie zadanie, otrzymałby złoty medal. Lecz - stoi ona tego? To już dla kogo jak. Po mnie - tak jednoznacznie nie stoi.

- Jednakże są rzeczy, które mogą przydać się w życiu, lecz których dziecku nie wolno nauczyć się na własną rękę (zrozumiale, że są dzieci z różnymi zdolnościami do różnych przedmiotów i t.p., lecz ja-to tylko o swoim doświadczeniu...). Języki, na przykład. Ze swoich prób na własną rękę kartkować podręczniki na przemian angielskiego i niemieckiego w szkolne lata ja nie wyniosłem doskonale niczego. To potem wypadało nadrabiać z większymi wysiłkami - i dotychczas języki obce (a mi ich w siłę specyfiki działalności życiowo trzeba wiedzieć!) u mnie słaby punkt. Ja nie mówię, że w szkole można nauczyć się języka - prosto jednakże jeżeli jest choć jakiś nauczyciel, to uczyć się języka znacznie prostszy, a nauczyć się go - przynajmniej, teoretycznie - realnie.

- Tak, u mnie osobiście były problemy z obcowaniem. Zrozumiale, co to jest specyfika mojego wypadku - mi nie z kim było obcować w podwórzu, w kubkach i t.p. Lecz kiedy wróciłem w szkołę, problemy były. Nie powiem, że dla mnie ten było chorobliwe - chociaż przykro, oczywiście - lecz do instytutu ja do rzeczy ani z kim prosto nie obcował. Lecz uściślę: chodzi o rówieśnikach. Za to mi było bardzo prosto obcować z "dorosłymi", a następnie - z wykładowcami i w ogóle "naczelnikami", przed którymi wiele dzieci, niejako powiedzieć, no, jednego ze mną statusu, lękało się. Mi złożenie powiedzieć, że wyszło w sumie - minus lub plus. Szybciej, plus, lecz okres nieobecności obcowania z kolegami z klasy i w ogóle rówieśnikami nie był dzikie przyjemny.

Takie ot bilans doświadczenia.

--------------------------------------------------------

Ksienija:

"Ukończyłem szkołę ja w 14 lat". - Ten Oto moment mi zwłaszcza ciekawy. Moje dzieci nie chciały przeskakiwać przez klasy - oni prosto przekazywali program kolejnej klasy w KOŃCU roku szkolnego, a potem 9-10 miesięcy (z czerwca po kwiecień) w ogóle nie przypominali sobie o szkołę.

Rozpytywałam się moich znajomych, u których dzieci wcześnie postępowały w wyższe uczelnie - jak oni tam siebie odczuwali? Wśród więcej dorosłych ludzi, z pewną odpowiedzialnością za siebie (która w szkole niejako składa się na nauczycieli)? Oni mi odpowiadali, że żadnego diskomforta nie wypróbowywali. Obcować z dorosłymi (z tymi, kogo 17-19 i więcej od lat) wyrostkowi nawet lżej, czym z rówieśnikami. Dlatego że wśród rówieśników jest coś niby "konkurencji", która często przekształca się w życzenie "prinizit′" innych, by "wywyższyć się" samemu. U dorosłych tego już nie. Tym bardziej, u nich nie życzenia "priniżat′" wyrostka", który na kilka lata młodszo - on nimi w ogóle nie "konkurent" Wink. moglibyście popodrobnieje opowiedzieć o swoich stosunkach z odnokursnikami?

-------------------------------------------------------- Wiaczesław:

Kontakt były bardzo dobre. Właściwie, ze szkoły ja nie przechowałem żadnych znajomości i nawet przyjacielskich kontaktów; z wieloma zaś swoimi odnokursnikami dotychczas (piąty rok poszedł, jak ukończył) kontaktu podtrzymuję. Z ich strony nigdy nie było żadnego negatywnego stosunku, lub wyniosłość, lub coś jeszcze. Widocznie, ludzi "dorosłych", i, jak zauważyliście, nie które przyjmowali ja jak konkurenta... Tylko ot ja ich przyjmowałem jak konkurentów Wink.



Mi-to samemu sobie trzeba było udowadniać, że ja nie "mały". Tak że niektóre psychologicz


Wszystko zaś jednak byli rzeczy, w których różnica w wieku dawała się odczuła;). U mnie nie było, jak powiedzieć, określonego doświadczenia w obwodzie różnych "głupot", których można nachwytać od rówieśników w szkole (oczywiście, ostatni rok, kiedy ja "typu uczyłem się", ja aktywnie tych głupot starczałem {chwytałem}, lecz różnica życiowego "bekgraunda" ze studentami pierwszego roku, oczywiście, czuła się).

Samych możecie przedstawić, jak ten przyjmowało się w wyrostka wieku;). Lecz takiego "diskomfort" (dość umowny; prosto spróbowałem przypomnieć sobie, a nie było-jednak coś taki, w czym czuła się wozrastnaja różnica) był w wyższej uczelni tylko w samym początku, na pierwszym kursie.

--------------------------------------------------------

Ksienija:

Mam nadzieję, że na podstawowe pytania czytelników już odpowiedziałam. Różne drobne zadania, które powstają po chodzie sprawy {spraw} (gdzie znaleźć odpowiednią szkołę dla ekstiernata, gdzie wziąć testy za młodsze klasy, jak pomóc dziecku "wciągnąć się" w domową naukę i t.d.), będą ważyć się sami sobą następnie, jak przyjmiecie ostateczne rozwiązanie. Główne {rzecz najważniejsza} – dokonać wyboru Wink i spokojnie następować do postawionego celu. I Wam, i Waszym dzieciom. Życzę powodzenia na tej drodze.


Wyszukaj

Polecamy