Całkiem nowe życie



szcz


Jestem mieszkańcem wsi. Żyje ze mną żona i dwoje dzieci. A także dwa konie, dwa psy i dwa koty. Żyję z daleka od miasta, daleko od szosy. Wśród pagórków i lasów. A jeszcze dwa lata wstecz byłem odnoszącym sukcesy mieszczuchem.

KARIERA, EMERYTURA I STAROŚĆ?

Żyłem w mieście, uczyłem się, otrzymywałem swoje dyplomy, spędzałem czas z przyjaciółmi. Potem spotkałem swoją kobietę - Irinę. Urodził się nam syn, potem drugi. Dni mijały, i każdy następny niewiele się różnił od poprzedniego.
Miałem ciekawą pracę, byłem w nią zaangażowany, miałem na koncie wiele sukcesów. Kiedy dostałem kolejny awans zrozumiałem, że tam, przede mną, kariera, emerytura i starość. Jak u wszystkich wokoło. Jak u moich rodziców.
Próbowałem uciec od tego odczucia beznadziejności, zmieniając pracę. Czasem pracowałem na dwa etaty. Plany moje były ustalone od dawna: kupić mieszkanie, zarobić więcej pieniędzy, potem kupić większe mieszkanie…
Latem na dwa tygodnie wyjeżdżałem na kajaki lub na ryby. W te dni byłem szczęśliwy, a potem cały rok czekałem: „ Przyjdzie lato, pojadę na łono przyrody”. Program znany od dziecka: «pójdziesz do szkoły, to…», «ukończysz szkołę, wtedy…» staniesz się dorosły, przysposobisz się do pracy, pójdziesz na emeryturę, i wtedy zaczniesz żyć. A tymczasem rób, co ci każą. Przyjeżdżałem do swojego miejskiego mieszkania z uczuciem tęsknoty: wszystkie gniazdka w ścianach naprawiłem, śmieci wyrzuciłem…
Jakoś żona zapytała:
- Tobie gdziekolwiek bywa dobrze?
- Tak, - odpowiedziałem, - dwa tygodnie w roku, na przyrodzie.
- Więc dlaczego żyjesz w mieście?

W POSZUKIWANIU DOMU

Zrozumiałem: trzeba wyjechać. Ponieważ moja praca była związana z miastem, nie ujechałem daleko. Lecz, na wszelki wypadek, po trochu uczyłem się projektowania stron internetowych i zacząłem w ten sposób dorabiać.
Szukaliśmy domu. Na przedmieściach nam się nie podobało: w pobliżu miejskie śmietniska, płoty sąsiadów niemal stykały się z oknami domów, które nam proponowano. Ale myśleć o tym, by pojechać dalej, niż dociera komunikacja miejska, po prostu się bałem.
Ot, pewnego razu przyjechaliśmy z wizytą do przyjaciół - w odległą głuszę, ponad 80 km od miasta. Żyją oni w dużej wsi, położonej między pagórkami i rzeką. Tam było bardzo ciekawie. Pewnego razu zrozumiałem, że w wolne dni staram się znaleźć powód, aby nie jechać w poszukiwaniu domu na przedmieściach, i udać się z wizytą do przyjaciół, do odległej wsi.
Tam jest bardzo pięknie. Szeroki Don, nad którym wyrastają pagórki. Ogromne sady jabłoni, olchowy las, rozciągający się za sadem. Szukałem SWOJEGO miejsca. I pewnego razu pojąłem, że chcę żyć właśnie tu.
Wiosną zebraliśmy wszystkie nasze rzeczy i przeprowadziliśmy się do tej wsi, do domu dla gości. To był stary gliniany dom - bez fundamentu, drewniane kolumny stoją prosto na ziemi, między słupami trzcina i słoma, wszystko to oblepione gliną. Zaczęliśmy oswajać się z wiejskim życiem i szukać domu do kupienia.

ZUPEŁNIE NOWE ŻYCIE

Miejskie uczucie, że przed nami tylko starość, zmieniło się w wyraźne: «Wszystko dopiero się zaczyna!».
Urządzaliśmy się, przyzwyczajaliśmy się, że z okien widać niebo i łąki, wokół jest cisza i smaczne powietrze. Zarabialiśmy przez Internet. Spełniały się marzenia, które w mieście były niemożliwe. Żona zawsze marzyła o koniu. I u nas pojawiła się jednoroczna klacz rasy orłowskiej. Chciałem dużego psa i kupiłem ałabaja. Synowie (na ten moment mieli po dwa i pięć lat) od rana do wieczora biegali po pagórkach i budowali szałasy we wszystkich okolicznych zaroślach.
Przez cały ten czas kontynuowaliśmy poszukiwania dom. Najpierw chcieliśmy osiedlić się tuż obok naszych przyjaciół. Idea o wspólnych projektach i połączonej przestrzeni unosiła się w powietrzu. Lecz potem załapałem: mi nie trzeba wspólnej, a MOJEJ ziemi, gdzie mogę być Gospodarzem.
W rezultacie znaleźliśmy dom z bali na samych obrzeżach wsi, z warzywnikiem, który łączył się z lasem, ze świetną stodołą, ze stajnią i ogromnym starym sadem. Dogadaliśmy się co do kupna i… zaczęliśmy myśleć.
Dalekie marzenie groziło, że stanie się rzeczywistością. Na horyzoncie zamajaczyło przerażające «na zawsze». Wątpiliśmy, czy dokonaliśmy słusznego wyboru. W tych dniach, któregoś wieczoru nasz młody koń uciekł na łąkę, w stronę rzeki. Ja, jak zwykle, poszedłem go łapać. Żona wzięła rower i pojechała za nami, po drodze. Klacz dogoniłem na brzegu, ona stała i czekała na mnie. Wziąłem ją za uprząż i szedłem w stronę domu. Po pewnym czasie dołączyła do nas Irina. Szliśmy po łące, przed nami rozciągał się widok na wieś, za nią widniały pagórki. Nieopodal, nie dalej jak dwadzieścia metrów, przyleciały na łąkę dwa bociany. Padał lekki deszcz, na niebie pojawiły się dwie tęcze, a poprzez chmury, na nasz przyszły dom padała wiązka światła. To miejsce uśmiechało się do nas. I cieszyliśmy się tym, że zostaliśmy.

MĘSKIE SPRAWY

Na wsi żyję prawie dwa lata. Tutaj wciąż przeprowadzają się nowe rodziny, z którymi się zapoznajemy. Razem remontujemy nasze domy, naprawiamy samochody i kosimy trawę. Podoba mi się, że spędzam wiele czasu w domu. Kiedy zechcę spotkać się z dawnymi przyjaciółmi lub rodzicami, siadam za kierownicę i jadę do miasta. A w domu i w obejściu zawsze jest się czym zająć. Tu, moja męska troska o rodzinę wyraża się w prostych i konkretnych sprawach. To nie tylko zarabianie pieniędzy.
Znów zacząłem zajmować się masażem i kręgarstwem, które zaniechałem w mieście. Robię dla nas proste meble, pielęgnuję ogród, zajmuję się końmi. Stopniowo urządzałem dom, i teraz nasz byt jest bardziej komfortowy, niż w mieście. Widzę, jak moje działania zmieniają życie mojej rodziny, i jak sam się od nich zmieniam. I mam czas by zatrzymać się, pomyśleć, popatrzyć na obłoki na niebie. Lub wziąć mojego psa i pójść poobcować sam na sam z przyrodą.
A potem wracam do swoich spraw. Myślę, że gdybym nadal żył w mieście, jeszcze wiele lat by zeszło zanim osiągnąłbym ten stan świadomości, który się tu pojawił.
Kiedy teraz, z tego miejsca patrzę na to, jak wyglądała moja troska o rodzinę w mieście, do głowy przychodzą mi grubiańskie, cyniczne słowa. Wykupywałem się pieniędzmi od swoich bliskich. Płaciłem im za to, że nie było mnie przy nich. I spędzałem swoje życie z kandydatami na deputowanych, z klientami, pracownikami, urzędnikami - ale nie z rodziną.
Do domu przychodziłem jeść, spać, i najczęstszą moją myślą było: „Zostawcie mnie w spokoju, zmęczyłem się, zarabiałem pieniądze”. To był wzór, który widziały moje dzieci. Pamiętam z dzieciństwa powiedzenie rodziców: jeżeli lodówka jest pełna, to od ojca niczego więcej nie trzeba. W mieście zmieniałem maski: «specjalista», «rodzic», «kolega na urlopie»…. Tak jak i wszyscy mężczyźni wokoło.
Przyjechawszy na wieś, ja nie stałem się nagle innym człowiekiem. Po prostu, maski są tu nieprzydatne. Tu działam w różnych sytuacjach różnie, lecz zawsze jestem sobą.
Po napisaniu ostatnich słów, wezmę łopatę i odgarnę śnieg. A potem weźmiemy siodła, i pojedziemy konno razem z żoną, do owocowego sadu, a potem w las, i dalej - na pagórki…

Aleksandr Fin LINK DO STRONY AUTORA
Tłumaczenie: Apek i Agnieszka


Wyszukaj

Polecamy