Fragmenty książki prof. M.P. Szczetinina - "Objąć Niepojęte"



Oczy mojego sumienia
Jedność dusz
Spokojne obcowanie
Kim jesteście, czwarta "B"?

Oczy mojego sumienia


Samochód zatrzymał się z piskiem opon przed przejazdem. Drogę zagrodził nam szlaban. Przez minutę, dwie, słychać było głuchy stukot «ta-ta-ta», przejeżdżającego pociągu. Przemykały twarze pasażerów, okna wagonów, rozmazane przez prędkość ruchu tej potęgi, która niosła ich w dal. Uśmiechnąłem się. - O czym myślisz?- zapytał siedzący za kierownicą ojciec, który zapewne patrzył na mnie w lusterku.
- O pociągu.
- O pociągu? I co w nim wesołego?
- Pomyślałem o pasażerach. Na stacji końcowej powiedzą: «Przyjechaliśmy». Chociaż poprawniej byłoby powiedzieć: «Przywieziono nas». W pociągu, w torach jest coś autorytatywnego. A w pasażerach...
- Ty byś lepiej o książce myślał - westchnął ojciec. W jego spojrzeniu są zagadkowe sprzeczności: smutek i nadzieja, trwoga i czułość.
I mimo woli pomyślałem, że on i mama to główni autorzy tej książki. Za każdą moją myślą stoi ich myśl, ich wiara, ich siwe włosy i tysiące niedospanych nocy. Nie zawsze się ze mną zgadzali, mieli swoje pojmowanie i poglądy na to «co jest prawdą», ale mieli odwagę ustępować...
Szlaban się podniósł. Samochód, powoli nabierając prędkości, niósł nas dalej. Za oknami widać było wstęgi asfaltowej drogi, a za nimi przesuwały się rzędy zielonych drzew. Gdzieniegdzie, na ich czubkach lub w gałęziach, pojawiały się pomarańczowe odblaski jesieni, jakby słoneczny Apollo niedbale rozrzucił swój ukochany kolor wśród soczystej zieleni lata. Jesień niedługo rozpali się barwami pożegnalnego ogniska. I nieraz jeszcze, porażone przez obfitość piękna, zapłoni tęsknotą za odchodzącym życiem, serce. I na nowo uświadomisz sobie dawne rady: życie jest rzeką, do której nie można wejść dwa razy. Zanurkujesz w jednym miejscu strumienia, wynurzysz się w innym. Niezwykle piękna w swej lakoniczności i głębi jest ta myśl. Ją ze szczególną mocą uświadamiasz sobie w szkole...
Dzisiaj odjeżdżam do Moskwy. Po raz pierwszy opuszczam szkołę na długo. Opuszczam ze względu na pracę nad książką. Nadeszła pora aby zostać sam na sam z kartką papieru, zwierzyć się jej z tych problemów, które przezwyciężyłem i z tych, których nie udało mi się przezwyciężyć – byśmy my sami, i ci, podążający naszą drogą, nie powtarzali tych samych błędów...
Wczoraj i przedwczoraj przeprowadziłem ostatnie spotkania, rozmowy, dawałem niezbędne, moim zdaniem, rady, wysłuchiwałem porad na drogę. Czując mój niepokój, i nauczyciele, i dzieci pokrzepiająco patrzyli prosto w oczy i mówili: «Niech się pan nie martwi. Co my, niemowlaki jesteśmy? Damy sobie radę». Tłumiłem w sobie smutek z powodu świadomości, że odjeżdżam z jednej szkoły, a pojadę do innej. Nie, nie do gorszej, lecz do innej. Strumień zdarzeń szkolnego życia będzie płynąć beze mnie. Nie poczuję go - i zostanę w tyle. Człowiek, tak jak wszystko co żyje, nieustannie się zmienia. Powiesz «do widzenia» jednemu, a «dzień dobry» - już całkiem innemu człowiekowi. Nic nie stoi w miejscu. A następne spotkanie za rok! Co zmieni się przez ten czas w szkole? Jakimi staną się nauczyciele, a przede wszystkim - dzieci? Zrozumiemy się wzajemnie?
Ranek był uroczysty i jasny, jakby ktoś wielki i skrupulatny dokładnie wyczyścił niebo i ziemię przed początkiem dnia. Trawa na stadionie, gdzie robiliśmy gimnastykę, była gęsto pokryta przezroczystymi kropelkami rosy, mrugającymi do nas delikatnymi promieniami światła. Chłód kąsał bose stopy. Ciało cieszyło się tym rześkim zimnem, ruchem, chciwie chłonęło promienny świt. Na przodzie biegli uczniowie ze starszych klas: Fiedia Korablew, Sasza Biełajew, Oleg Sapielniak, Wasia Dubienko, Irka i Natasza Gonczarowe, Tania Siemiernina, Swieta Szeptun, Oksana Matczenko, Oleg Małow, Swieta Nikitaszewa, Kuczerienko Wala, Szczetinin Gala - nasza pedagogiczna zmiana warty.
Za nimi, w jednym szeregu, podlegając zmieniającym się co chwila pomysłom prowadzącego, robili zawiłe zygzaki - nauczyciele. Kiedy wszyscy ustawiliśmy się twarzami na wschód i smukłe sylwetki biegnących z przodu zostały oblane złotym światłem porannego słońca, pomyślałem: «Abyśmy tak zawsze razem, my i uczniowie, uczniowie i my – wychodzili na spotkanie jutrzenki. Ot, taki będzie koniec książki!» I w tym samym czasie- inna myśl:
"To nie koniec, to początek. Koniec powinien być zdaniem, urwanym w pół słowa. Kropka więcej znaczy od zarozumiałego wykrzyknienia. Po niej zawsze nastąpi kontynuacja...» Rano, kiedy ojciec szykował samochód, by mnie zawieźć na dworzec, poszedłem do szkoły. Starając się zapamiętać najdrobniejsze szczegóły, chciwie wpatruję się w ludzi, wsłuchuję się w intonację, w słowa. Dusza krzyczy: «Nie odjeżdżaj!» A ja przekonuję ją: «Trzeba. Po to, aby w wesołym i szczęśliwym kalejdoskopie uśmiechów, wśród dobrych, jasnych spojrzeń mijały szkolne, dziecięce dni. Trzeba mi jechać po to, by długo żyła nasza Zybkowska szkoła...» Podchodzi wysoki, z lekka garbiący się uczeń dziewiątej klasy Oleg Akułow. Wczoraj mieliśmy z nim trudności. Nabroił chłopak, oj nabroił. Co usłyszę w jego krótkim «dzień dobry» - próbę przezwyciężenia trudności czy?...
- Dzień dobry! - W zachrypniętym głosie słychać życzliwość, jakby na zachętę. I patrzy otwarcie, ufnie. «Tak, chcę zacząć. Ale komu to potrzebne?» - przypomniałem sobie z goryczą te słowa...
- Dzień dobry! - odpowiadam mu ( i w myślach : «Jesteś nam bardzo potrzebny, Oleg!» A w tym samym czasie otrzymuję ukłucie: «wychowujesz?» - Nie, czuć fałsz. Po co tak?)
- Nie obrażaj się. Sam rozumiesz, trudno jest od razu...
- Rozumiem...
Te chwile obcowania są mi potrzebne tak samo jak jemu. Nuta tworzy muzykę, a pierwsze spotkanie tworzy dzień.
A jeszcze jedno «Dzień dobry...» To szóstoklasistka Wala Bajko. W intonacji jej głosu słychać wyraźnie: «Cieszę się że pana widzę, jestem gotowa na nowy dzień, nie zawiodę, niech się pan nie martwi».
Mówiąc w jej odpowiedzi «dzień dobry» przekazuję jej uczucia ufności i optymizmu: «Wszystko będzie dobrze. Życzę ci sukcesów, Wala!».
Idą dzieci do szkoły, a ja patrzę w ich oczy, oczy naszego sumienia. Ot i znów jakiś mój uczeń patrzy na mnie surowo...
«Pytasz, czego się o tobie dowiedziałem? Niewiele więcej, niż wiedziałem przedtem. Przepraszam, że tak wolno i mozolnie cię poznaję. Przepraszam. Kiedy mówię: «Ty jesteś Wszechświatem», to nie jest żonglowanie słowami ani skłonność do wzniosłych metafor. Zrozumienie wszechświata to zrozumienie ciebie. Starożytna maksyma: «Poznaj siebie, a poznasz wszystko» - jest równie prawdziwa jak jej odwrotność: «Poznaj wszystko, a poznasz siebie». Poznać ciebie, to znaczy objąć nieobjęte. My z tobą stanowimy część przyrody, i tak jak w kropli - morze, tak i w nas mają odbicie wszystkie jej mechanizmy, cała jej złożoność. W obliczu ery kosmicznej, nie możemy już opierać pedagogiki tylko na badaniu relacji człowiek-człowiek. Do naszego środowiska życia zdecydowanie wkroczył Wszechświat. Pedagogika stoi u progu wspaniałych zmian w uświadomieniu sobie swojej istoty, jej roli w dążeniu ludzkości ku Wielkim postępom, ku zapewnieniu samej możliwości istnienia... Jeszcze nieśmiałe są nasze kroki ku tobie, lecz nie patrz z wyrzutem, patrz z nadzieją. Ty jesteś Człowiekiem, i głos twój we Wszechświecie będzie najmocniejszy, triumfalny i radosny. Ty - jesteś Człowiekiem...»

Jedność dusz


Minęło pięć lat...
Przez te pięć lat nie pisałem... Nie pisałem ani artykułów, ani reportaży, a myśli o książce odłożyłem na bok, zdawało się, że na dobre. Sprawozdania do akademii, oficjalne informacje, meldunki do ministerstwa, krótkie szkice-obserwacje – ot, taki był mój krąg piśmienniczych zadań w tych lata. Książki nie pisałem dlatego, że wydawało mi się: za wcześnie na to. Z tego powodu odłożyłem pisanie na «potem». Rankami śpieszyłem się do szkoły.
Ponaglałem do myślenia siebie, tych, którzy nauczali i tych, którzy się uczyli. Szukaliśmy i próbowaliśmy. A problemy nawarstwiały się. Powróciła myśl o książce. O książce, w której opowiem o naszym wkładzie do powszechnych poszukiwań optymalnego systemu wychowania i nauki człowieka pracy, człowieka utalentowanego, pięknego duchem i ciałem, wiernemu swoim obowiązkom wobec Ojczyzny.
Wszystko, co napisane, zostało drogo okupione, a każdy wers jest jakby małym kawałeczkiem serca... Myślę, że czytelnikowi pożytecznie byłoby śledzić proces rozwoju idei, przejść razem z jego autorem trudną drogę realizacji marzeń o szkole, gdzie lekko i swobodnie rozkwitałoby Wielkie Dzieciństwo, gdzie uczeń i nauczyciel byliby przyjaciółmi, osobami o tych samych poglądach i w każdym dziecku w miarę przechodzenia z klasy do klasy rosła zdrowa, żywa, oryginalna i, oczywiście, utalentowana osobowość...
- Pan Szczetinin?
- Tak...
- Michaił Pietrowicz?
-Tak.
- Moje nazwisko Lebiedin, imię Nikołaj Pietrowicz. Dzwonię z Kirowohradu. Mam do was bardzo ważną sprawę... Kiedy ma pan czas? - z powodu tej rzeczowej i trochę zagadkowej rozmowy pojawił się w moim życiu Kirowohrad.
Przyjechałem tam w maju 1980 roku. Pierwszym miejscem, z którym zapoznali mnie gospodarze, był okręg Onufrijewski, gdzie długie lata we wsi Pawłysz pracował Wasilij Aleksandrowicz Suchomliński. Okręg mały, rolniczy, chyba nikt by o nim nie usłyszał, gdyby nie światowa sława Pawłysza. By poczuć nierzucające się w oczy piękno tutejszej przyrody, trzeba by zejść z hałaśliwych asfaltowych dróg. I wtedy ukażą się jedna po drugiej perły tego kraju: łąki obsypane kwieciem, tajemniczość leśnego jeziora, która wzbudza pragnienie posłuchać nieprawdopodobnych historii, gdzie nagle poderwało się do lotu stado ptaków...
Ziemia ta obficie zroszona była ludzką krwią. Groby, obeliski, pomniki...
Wieś, dokąd pojechaliśmy następnym razem, nazywała się Zybkowo. Szkoła otoczona rzędem smukłych, zielonych topól, dwupiętrowym pomarańczowym prostokątem wpasowywała się w równą, jak pod linijkę ulicę, która koło szkoły tworzyła plac.
Zaszliśmy do holu. Wiało chłodem dopiero co umytej podłogi. Cisza. Raptem równy stuk obcasów rozbił ją na kawałki. Z naprzeciwka szła niewysoka czarnowłosa kobieta.
- Tiurina Nadieżda Surienowna, dyrektor szkoły - przedstawiła się.- Czekaliśmy na was. Możecie porozmawiać z nauczycielami.
- A dzieci są w szkole? - zapytałem.
-Tak - odpowiedziała pani dyrektor i dodała:- Ośmioklasiści...
- Nie mogłaby ich pani zebrać?
- A jak długo zajmie nam rozmowa?
- Myślę, że koło czterdziestu minut...
- To znaczy, od czterdziestu minut do godziny, - powtórzyła ona, jakby z drgnieniem - no dobrze. Poczekacie w gabinecie, dopóki nie zbiorę dzieci?
- Nie nie, proszę się nie kłopotać, obejrzymy sobie szkołę.
- Michaile Pietrowiczu! Dzieci czekają! – po paru minutach zawołała Nadieżda Surienowna.
- Pani wie, o czym będę mówić? - zapytałem ją.
- Tak. Czytaliśmy pański artykuł «Dzwon dzieciństwa» w «Komsomolskiej prawdzie» i «Szkoła przyszłości rodzi się dziś» w «Nowym świecie». Nawet na zebraniu je omawialiśmy. Tylko że to, o czym pan pisze, nie nadaje się do publicznej szkoły. W życiu wszystko jest bardziej skomplikowane. Z dziećmi, które nie mają kłopotów w rodzinie, które mają jakieś zdolności, można sobie eksperymentować...
- A gdyby to u was przeprowadzić eksperyment?..
- U nas?! Tutaj?! To niemożliwe! - wyrwało się Tiurinowej.
- Przecież pani by się nadawała...
- Ja?! - Nadieżda Surienowna uniosła swoje grube czarne brwi..- Ryzykant z pana. Moja przyjaciółka pracuje w szkole eksperymentalnej. Ona opowiadała, jak tam nauczycieli dobierają. A u nas to nie miasto, nie sprowadzi się tu nauczycieli z pobliskich szkół.
- A jeżeli działać ze wszystkimi, którzy już tu są?
- Żeby zdyskredytować waszą ideę?
- Taki jest zamiar?
- Dlaczego to pan tak…- Nadieżda Surienowna westchnęła: - Nie ma tu geniuszy. A dzieci u nas jak dzieci, nawet grzeczniejsze, niż w mieście. Lecz ogólnie są słabiej rozwinięte. Ot, pomówi pan z nimi i sam się przekona. Ja ich uprzedziłam. Zajść z panem czy pan sam?...
- Sam - otworzyłem drzwi z napisem: «Ósma klasa». Oto ta pierwsza, pełna niepokoju chwila, poprzedzająca pierwsze słowa. Cicha gonitwa pytań-myśli, trwająca ułamki sekund.
- Kim pan jest? Z czym pan przyszedł? Co tam u pana w duszy gra?
- A wy o czym dopiero co myśleliście? Jak mamy rozmawiać? Zrozumiemy siebie nawzajem? Wreszcie mówię:
- Dzień dobry! Usiądźcie wszyscy, proszę. Przepraszam, że zajmę wam wasz czas. Możemy porozmawiać przez czterdzieści minut?
Nastąpiło kłopotliwe milczenie. Gdzieś skrzypnęło krzesło, i znowu cisza. Wszyscy patrzą się w ławki. Ktoś rzuca spojrzenie w moją stronę i znowu kryje wzrok pod rzęsami.
A mi tak niezbędna szczera rozmowa. Jestem nastawiony do pracy, wierzę w sukces. Lecz cóż moja wiara?! Ja nic nie mogą zrobić, jeśli nie staniemy się osobami o tych samych poglądach. Zwyczajnie zaproponować swoją wizję przyszłej szkoły, nawet jeśli byłby nie wiem jak dobry - na próżno. W tym wypadku przypadnie wam rola statystów. Lecz ona u nikogo entuzjazmu nie wywoła. A bez entuzjazmu nie ma inicjatywy.
Trzeba zrobić tak, byśmy razem stali się bojownikami o nową szkołę, wyobrazili sobie, jak ona może wyglądać, i uwierzyli w możliwość urzeczywistniania marzeń. Potem ... O, co będzie potem, już dobrze wiedziałem po Jasnych Zorach. I te Jasne Zory podpowiedziały, że najpierw trzeba iść do dzieci. Ja gorączkowo szukałem wyjścia. «No myśl, myśl!- ponaglałem siebie..- Ty dla nich jesteś obcym człowiekiem. Nieznanym. Doświadczenie obcowania z ich rówieśnikami, dla których byłeś nauczycielem, nie liczy się. Tam wchodziłeś do klasy nie od początku, tylko dla przedłużenia dialogu, który dawno przekroczył granice lekcji, w każdym twoim słowie były wspólne przeżycia, zrozumiałe i jasne dla ich wszystkich. A tu na skali kontaktów strzałka wskazuje zero. Jedyny ratunek - podkreślić, że ty jesteś gościem, a oni gospodarzami. Niech oni decydują, przyjąć mnie czy nie. Być może, trzeba będzie przeprosić i odejść».
- Niech pan mówi! Słuchamy! - pomogła mi jasnowłosa dziewczyna siedząca w pierwszej ławce od okna.. – Po prostu... my się trochę wstydzimy - uśmiechnęła się.
Popatrzyłem na nią z wdzięcznością i spytałem: - Jak na ciebie wołają?
- Lena... Lena Brieżatowa.
- A pan?
- Oj, dzieci, przepraszam! Ja przecież nawet się nie przedstawiłem. Michaił Pietrowicz Szczetinin, starszy pracownik naukowy Akademii nauk pedagogicznych ZSSR, - powiedziałem zbyt rozwlekle i jakoś tak bardzo oficjalnie.
- Pan z Moskwy? - zapytał chudy chłopak i, nie doczekawszy się odpowiedzi, przedstawił się: - A ja Korablew... Wasia, - dodał, następnie szybko wstał i jakoś szpakowato się ukłonił. Klasa zgodnie zaśmiała się.
- Tak, Wasia, z Moskwy,- odpowiedziałem ciesząc się przełamaniem pierwszych lodów, i już do całej klasy rzekłem: - Teraz wielu naukowców opracowuje model szkoły przyszłości. Jak ona powinna wyglądać? Pragnę znać wasze zdanie. Bardzo, dzieci, ważne jest naradzanie się z wami.
- Z nami?! - szepnął ktoś nieufnie.
- A z kim jeszcze?
- My panu doradzimy... że pan notować nie nadąży – rzucił ostrym basem krótko ostrzyżony chłopak z ostatniej ławki.
- Słuchajcie, mam dla was propozycję! - niby nie słysząc tej repliki, kontynuowałem.. Wyobrazimy siebie w dwóch rolach. Niech każdy, pozostając w roli ucznia, stanie się jeszcze i czarodziejem. Jakim byście życie w szkole uczynili dla siebie-uczniów?
- Lepiej niech pan nam opowie, a my posłuchamy,- powiedziała sąsiadka Brieżatówny, czarnowłosa, z dużymi ciemnobrązowymi oczyma, ładna dziewczyna.
- Jak się nazywasz?
- A po co się kłopotać? Wszystko jedno pan jutro o nas zapomni, pewnie my nie jesteśmy jedyni, do których pan przyjeżdża po radę.
- Gałka! A ty co, wydaje ci się że jesteś księżną Mary? - krzyknął Korablew.
- Nie Gałka, a Gala......- nasrożyła się dziewczyna. I widząc że chcę jej coś powiedzieć, dodała:
- To dziwne. Przejechać tysiąc kilometrów żeby nas zapytać o opinię. – I lekko się podniósłszy, miękko wymówiła: - Gala Ratuszena.
- Ej! To mamy po prostu proponować, co chcemy?-znów rzucił basem krótkoostrzyżony.
- Oczywiście, co zechcecie.
- Trzeba zamknąć szkołę na zawsze!- powiedział i machnął ręką.
- Jak się zwiesz?
- Ja? No Saszka...
- Sasza, sam rozumiesz, że twoja propozycja jest obecnie nie do przyjęcia, a tym bardziej nie będzie dobra na przyszłość. Tobie, widocznie, niewesoło w szkole?
- A co w niej dobrego?! - twardo wymówił chłopak.
- A może lepiej pozbędziemy się ze szkoły wszystkiego, co sprawia ci ból?
- Mnie nic nie boli... Co mnie niby ma boleć? - już prawie ze złością, niby nie chcąc ze mną dłużej rozmawiać, odwrócił się.
- Dobrze! Nie będziemy zmieniać naszej umowy. Więc, uwzględniając zdanie Saszy, zamykamy szkołę. Lecz jako czarodzieje będziemy budować w miejscu zburzonej nową, od zera...
- Po co od zera? Przecież nie wszystko w niej jest złe! I w ogóle.. – zdecydowanie wstała Brieżatówna – Pytają nas, jako ludzi, o nasze zdanie, a my...
I obróciwszy się w moją stronę,denerwując się, zaczęła:
- Wie pan, trudno tak bez przygotowania powiedzieć coś do sensu. Ale najbardziej nas męczy krzyk. Trzeba, aby nauczyciel nie widział w nas mumii. Trzeba, abyśmy chcieli do szkoły chodzić.
Lena mówiła, co chwila przerywając, często zwracała się to do jednego, to do innego kolegi: «A pamiętasz jak…?..» Jej wystąpienie było kamykiem, który spowodował lawinę: dzieci się rozgadały. Gmatwanina niespokojnych myśli stopniowo stała się klarowna, nabierała mocy. Ile razy dziwiłem się jej niezwykłości, jej odwadze, pytając znów i znów: «Skąd to pochodzi?» Jak gdyby po raz pierwszy w życiu objawił mi się ten cud: myśl dziecka. I on się pojawia, jeżeli serce jego twórcy wyjdzie ci na spotkanie.
Szkoda, że tak rzadkie są te chwile! Znieść niewolę pańszczyźnianą ucznia, dać mu swobodę samowyrażania, zdjąć zasłonę strachu, lęku przed wyśmianiem – to znaczy, obudzić w nim geniusza. W pokoju z tabliczką «Ósma klasa» na drzwiach, triumfowała myśl. Przerywaliśmy sobie, krzyczeliśmy, spieraliśmy się...
Dwa razy zaglądała do nas pani dyrektor i ze zrozumieniem zamykała drzwi. Lecz w końcu nie wytrzymała i weszła. - Michaile Pietrowiczu! Rada pedagogiczna się skończyła, czekamy na pana.
- Tak-tak, zaraz....- pocieram koniuszek nosa, niby że chcę przypomnieć sobie coś bardzo ważnego, i przypomniawszy sobie tą ważną rzecz, mówię: - Pani Nadieżdo Surienowna! Jeszcze chwilkę... - Jeszcze trochę! Chociaż pięć minut! - zgodnie mnie popierając, prosi ósma klasa.
- A wiecie - nie poddawała się pani dyrektor,- ile czasu wy tu siedzicie? Dwie godziny! Nauczyciele też czekają na pana, Michaile Pietrowiczu. Ile panu jeszcze trzeba czasu?
- Chociażby parę minut... z osiem minut.
- Dobrze, jeszcze piętnaście minut - uśmiechnęła się dyrektor, a tymczasem ogłosimy przerwę. Po jej wyjściu obróciłem się do klasy i drgnąłem. Klasa ucichła. Lecz oczy! Jakie oczy patrzyły na mnie! Nie, nie na mnie, tylko w duszę. Boże! Jak kocham tą odważną dociekliwość i ufność dziecięcych oczu!
Oczy... oczy... Wątpliwości - pytania.
Przed waszą nieskończoną opowieścią pragnę odpowiadać sumieniem...
Wyjdą z duszy i upadną na papier słowa pieśni, a ja będę widzieć oczy Szeptun Swiety i Korablew Fiedii, Matczenko Oksany i Dubienko Wasi, Brieżatówny i Korablewa Wasi.... – uczniów - zybkowiczan z 1980 roku. I razem z nimi, w mojej pamięci pojawią się oczy dzieci z Jasnych Zor. Miną lata, i będą mnie ludzie pytać, dlaczego wybrałem właśnie Zybkowo. Określę przyczyny, logicznie wyłuszczę je jedna po drugiej, lecz najważniejszego, słowami nie będę mógł wyjaśnić...
W klasie zapanowała cisza, tylko nie taka, jak na początku. To była cisza pełna wzajemnego zrozumienia. Już znałem ich wszystkich z imienia i nazwiska. Obok Korablewa - Siergiej, gwałtowny, porywczy, teraz patrzy i pilnie słucha. Trochę dalej z przodu dwie koleżanki: Luda i Tania - delikatne, spokojne...
- Michaile Pietrowiczu! Wszystko, co tu wyfantazjowaliśmy, spełni się, prawda? Co jest potrzebne, aby zacząć eksperyment?
- W pierwszej kolejności, pragnienie nauczycieli i uczniów.
- Jak to uczniów? Czy od nas coś zależy?
- Co zależy od was? Prawie wszystko! Być może, dziewięćdziesiąt procent sukcesu. Wy, jako najbardziej zainteresowani taką szkołą ludzie, powinniście jako pierwsi o nią zawalczyć. I nauczycielom też będzie potrzebna wasza pomoc, zrozumienie. Szkoła przyszłości - to szkoła wzajemnego zaufania, równości i wzajemnego szacunku nauczycieli i uczniów.
Dobierając słowa, nie brałem poprawki na wiek rozmówców. Mówiłem w imieniu swojego i ich dzieciństwa. I kto wie, kogo w ciągu tych kilku minut było więcej: Michaiła Pietrowicza czy Miszki, piegowatego pacana, który dopiero co podniósł się z ostatniej ławki, zupełnie jakbyśmy się zrośli w jeden byt. Czy na długo, to już zależy od wielu przypadków, naszej obowiązkowości, naszej wiary w zdolności innych. Już zrozumiałem, że będziemy pracować razem z tymi dziećmi.
- Powiedzcie, proszę, - wstała Lena Brieżatowa – jak długo będzie trwać ten eksperyment?
- Długo... Tak, tak, nieskończenie długo, może nawet bez końca. Nie my go rozpoczynamy, i nie my go skończymy. Poszukiwanie doskonałego jest nieskończone. Te odkrycia, które potwierdzi samo życie, staną się dostępne dla innych. Kiedy? Kiedy udowodnimy...
- A ja pana nie rozumiem. No kiedy to, co tu proponowaliśmy, kiedy to wejdzie w życie? -zapytała Ratusznaja Gala.
- Tak, kiedy? Nie w eksperymencie, a w każdej szkole, kiedy? – zapytali wszyscy zgodnie.
- Kiedy? Być może niedługo. A może, za piętnaście, dwadzieścia lat...
- A nie da się tego przyspieszyć? «Żal, że nie można żyć w tym czasie przepięknym...» - odezwała się Galinka.
- Trudne pytania zadajecie. Życzenie to za mało - trzeba znaleźć drogę. Czasem pomiędzy początkiem poszukiwań a okrzykiem: «Znalazłem!», mijają stulecia.
- Michaile Pietrowiczu! A czy nie będzie można w naszej szkole, którą tu obmyśliliśmy, pouczyć się chociażby roczek? Lub przyjechać, by choć jednym okiem popatrzyć, jak to się wciela w życie? Rozumie pan - głos Leny Brieżatówny drżał – niech pan się nie śmieje, mi śniła się taka szkoła. Ja kiedy mówiła tu o swoich propozycjach... to wszystko z tego snu. Szkoła ta była pełna kolorów, ściany przezroczyste, a za nimi rzeczka, las, brzózki. Łąki z kwiatami zaczynają się po prostu w klasie i schodzą do jeziora...
Ja już nie pamiętam, kto co mówił, pamiętam tylko, jak wszyscy podeszli do stołu. W klasie podniósł się ten znajomy nauczycielom gwar, kiedy każdy koniecznie musi coś powiedzieć, zapytać, stękać lub marudzić, podzielić się radością, energią myśli i uczuć. Rozum podpowiadał, że nasza zgoda nieraz jeszcze załamie się i znów narodzi na nowo, a przed nami nie tylko zwycięstwa. Lecz nie chciało się wtedy o tym myśleć. Pragnęło się utrzymać tą chwilę szczęścia, kiedy to otworzyliśmy na oścież drzwi do przyszłości, do przepięknego świata rodem z baśni i snów...

Spokojne obcowanie


[...]


- Wszyscy grubo przesadzacie! - mówiła rozdrażniona Ludmiła Grigoriewna Urywkina, doświadczona nauczycielka z długim stażem pracy.
- Szkolna proza życia przeważa nad szkolną poezją. Łatwo pisać o pięknie duszy i wzdychać. A w życiu szkoła opiera się na reżimie, surowości. Trzeba trzymać uczniów w ryzach, tak jak niegdyś nas trzymano! Czego oni się nauczą, jak my będziemy im w oczy patrzeć? Niech oni patrzą w moje oczy. Ja jestem jedna, a ich są dziesiątki, setki. Z nami się nie patyczkowano, dlatego wyszliśmy na ludzi. Baliśmy się spotkać z nauczycielem na ulicy! I jeśli nauczyciel powiedział: „Trzeba robić tak a tak”, to nawet nie pomyśleliśmy, żeby się sprzeciwić. A teraz? Ty jemu słowo - on tobie dziesięć! Pracować trudno i bez waszych subtelności. A jeśli zaczniemy w oczy im zaglądać, to już lepiej się wynieść ze szkoły... Szkoda zdrowia…
Ludmiła Grigoriewna pomilczała, po czym, zdecydowawszy się na coś, przemówiła jeszcze goręcej:
- Pan, Michaile Pietrowiczu, dzieci uważa za Bóg wie co. Taka zakuta pała, to według pana, dorosła osoba? Taki dzieciak co mi wczoraj lekcję popsuł? I co, ja mam z nim teraz pieszczotliwie rozmawiać? Kijem takich trzeba. Może ci tam – wskazała palcem nieokreślony punkt w przestrzeni,- kiedyś staną się ludźmi. A na razie, te dzieci bawią się z wami w dorosłych. Może za dużo powiem, ale jak zaczęłam to skończę.
Twarz i szyja rozmówczyni okryły się czerwonymi plamami. Widać, każde słowo przychodziło jej z trudnością.
- Wszyscy oburzają się, że przy panu ciężko pracować. W instytucie niegłupi ludzie radzili trzymać dystans w kontaktach z dziećmi. A pan im rękę podaje przy powitaniu!- powiedziała «rękę podaje», a oczy jej się powiększyły tak, jakby mówiła: «po twarzy bije!» - No zgoda, może istotnie świat się zmienia, niech pan się wita, jak chce, niech pan będzie z nimi na „ty”, ale nas proszę do tego nie zmuszać! Teraz słówko o waszym samorządzie. Ja jestem zgodna: Dzieci muszą się rozwijać. Proszę bardzo, ale nie do takiego stopnia! Dzieci to dzieci. Trzeba je zachęcać, dawać zadania. Ale nie może być, no jakie znowu «przewodniczący», «panowie»! Dziecko w takim wieku ma sobie właściwy, pewny poziom rozumienia.- Urywkina machnęła ręką, że dalej szkoda gadać.
Nastąpiła cisza. Było słychać, jak za ścianą kapie woda z niedokręconego kranu.
- A zatem - starałem się nadać głosowi spokojny ton,- teraz, w końcu mamy obustronną komunikację. Nasze rozmowy wcześniej wyglądały na monologi przewodniczącego. Ja mówię –wy milczycie. Nam trzeba razem myśleć, rozmawiać, sprzeczać się, dochodzić do wspólnego mianownika i znów myśleć, szukać... Ludmiła Grigoriewna wypowiedziała zdanie ogółu?
Nikt nie mówił ani «tak», ani «nie». Milczeli.
«Dlaczego?-Myślałem.-przecież widzę, że wielu się nie zgadza». Ach, jakbym chciał, żeby ktoś przerwał ciszę, powiedział przynajmniej szeptem, głową potrząsnąłby: «Nie».
Powoli powiodłem wzrokiem po twarzach zebranych i nagle wyraźnie przypomniałem sobie ciszę pierwszych minut «rozmowy» z ósmoklasistami w dzień mojego przyjazdu. To samo wyczekiwanie i spuszczone głowy. Dzieci! My jesteśmy tacy sami jak dzieci. Dlaczego nie usiąść razem i nie wypowiedzieć własnego zdania o tym, co nas męczy, co wymaga rozwiązań, o tym, jak kreować życie, żeby oddychało się i myślało w nim łatwo, naturalnie, swobodnie?
My albo milczymy, albo kłócimy się tak, jakbyśmy walczyli na śmierć i życie. Trzeba usunąć te napięcie. To dobrze, że ona wypowiedziała swoje zdanie. Zaczął się dialog. To jest dobre. Spojrzeliśmy na siebie z Ludmiłą Grigoriewną, kiwnąłem jej i powiedziałem dla niej, dla siebie, dla wszystkich: - Nic to. Sprawdzimy, w czym rzecz. Przedłużymy rozmowę, przecież ona będzie miała wpływ na całe nasze dalsze życie. To ważne, że dziś zaczęliśmy.
Uśmiechnąłem się i wydało mi się, że w oczach nauczycieli błysnęło zrozumienie, życzliwość.
- No, pan to artysta! Zachowuje się pan jakby wracał z karnawału,- powiedział mi nauczyciel malarstwa Mikołaj Nikołajewicz Czernow.- Wyobrażam sobie, co panu w duszy gra!
- Lekko u mnie na duszy! Lekko, Mikołaju Nikołajewiczu! - Uśmiechnąłem się - pierwsze lody przełamane.
Czernow próbował dostrzec w moich słowach ironię. Ale mi naprawdę było lekko. Lekko dlatego, że zagrałem, jak mówią muzycy, we właściwą nutę. Dlatego, że moje doświadczenie podpowiadało: Sukces jest tam, gdzie ludzie wypowiadają swój punkt widzenia, sprzeczają się, zanim podejmą decyzję i, po jej przyjęciu, nie wahają się więcej.
- Będziecie bawić się w demokrację?- uśmiechnął się Czernow. – Nie sądzi pan, że pańskie stanowisko w tej sprawie wszystko popsuje?
- Nie, Mikołaju Nikołajewiczu, nie wydaje mi się. Jeśli będziemy bawić się w demokrację,-zmarnujemy wszystko, ponieważ stracimy zainteresowanie. W naszym przypadku, bez myślenia, przy czym, proszę zauważyć, bez twórczego myślenia, nie da się żyć.
- A wam nie wydaje się, że «narada», gdzie wy «razem ze wszystkimi» analizujecie, planujecie, to przedstawienie jednego aktora przed publicznością? Przecież, ostatecznie, to pan będzie myśleć, a pozostali będą słuchać wedle możności. Proszę dawać konkretne wytyczne. Czyż nie chce pan wcielić w życie swoich idei? Sprawa tylko by na tym skorzystała. I my, ruszylibyśmy zaraz z kopyta.
- «My», czyli kto? – zapytałem czując, jak opada mój nastrój.
- Jak to kto? My - cały kolektyw.
- Chcecie ze mnie lokomotywę zrobić? Szkoła-wagony, a nauczyciele-pasażerami, którzy w każdej chwili mogą wysiąść na kolejnej stacji? To, według pana, kolektyw?
Mikołaj Nikołajewicz zmarszczył brwi.
- Ja jestem tylko za porządkiem, gdzie każdy zna swoje miejsce, swój sufit i nie będzie porywać się na roztrzyganie światowych problemów. Kogo tu się o zdanie pytać? Dajcie wytyczne i kontrolujcie wykonywanie zadania!
- Z pana to straszny człowiek...
- Dlatego, że chcę mieć porządek?
- Nie, ponieważ porządek u pana równa się przemocy. Skąd taka niechęć do ludzi?
- Dlaczego od razu «niechęć»? Pan, Michaile Pietrowiczu, lubi liryczne dygresje. Słowo honoru, nie zawadziłoby dodać do tego trochę pragmatyzmu. Powiedzmy sobie szczerze: Pański optymizm z powodu talentów i geniuszy - czy to nie jest postępowanie kierownika? «Potęga ludzkiego rozumu» «możliwość tworzenia i rozwoju talentów» - przyjemnie jest grać na ambicji. Ale czy pan tego nie widzi, że to jest «miasto słońca»? Oto ja, dla przykładu, jestem inteligentny z natury. A «głupiec pozostanie głupcem, nawet gdy obsypiesz go gwiazdami».
Rozmówca mówił zjadliwie, z cynizmem, którym mistrzowsko potrafią władać posiadający usystematyzowany, chłodny umysł na wzór komputera.
- Nie podoba się panu, kiedy zdejmuję z pańskich idei poetyckie błyskotki?! Nikt panu tego nie mówił w oczy, a za plecami wielu plotkuje.- Mikołaj Nikołajewicz uśmiechnął się. Wydął pogardliwie usta, jakby zamierzał mnie wygwizdać. - zresztą, oderwaliśmy się...
- Nie, to nie przelewki. Nie wierzy pan człowiekowi, nie wierzy w jego talent. W tym źródło pańskiej skłonności do okrucieństwa, dyscypliny przemocą.
Nie potrafiłem mówić spokojnie, choćbym nie wiem jak się starał. Nie mogłem, ponieważ nie on pierwszy walczył o to, żeby mnie «przycisnąć», działając na zasadzie «nie chcesz – zmusimy cię». Nieraz mi wypominali, że przez swój liberalizm zaprzepaszczę idee. Ale czy można, myśląc o wszechstronnym rozwoju osobowości, rozwiązywać to zadanie batem i nahajką?: «Ach, to ty nie chcesz być wszechstronnie rozwiniętym, mądrym, twórczym człowiekiem?!- Zmusimy cię! Przyuczymy!» Rozwój i przymus, przemoc. Czy można połączyć jedno z innym? Talent to zawsze miłość do życia, do ludzi, do Ojczyzny, mocne poczucie własnej wartości.
- Obraził się pan?- Mikołaj Nikołajewicz badawczo wpatrywał się w moje oczy.
- Obraził się? Nie! Prędzej, zasmuciłem się. Dziwne uczucie we mnie powstało po pańskich słowach. Pan tonie w pragmatyzmie!I u pana to tak zawsze?! Z czym pan do dzieci…?
- A co dzieci! – machnął ręką. - Ja z nimi językiem farb rozmawiam. Na lekcjach rysujemy. Sugeruje pan, że nie pasuję do waszej szkoły? Więc pójdę chociażby jutro! A pan niech sobie zostaje ze swoimi «myślicielami»,- malarz pogardliwie kiwnął w stronę nauczycieli i poszedł.
- Michaił Pietrowicz!- Zawołał ktoś. Obróciłem się. Naprzeciwko mnie stał Dubienko. To o nim mówiła Ludmiła Grigoriewna: «...przepędzać takich».
- Co, Wasia?
- Wy... to przeze mnie?
- N-nie...
- Panu już, prawdopodobnie powiedziano, że ja... Wasyl patrzy w oczy. Patrzy z napięciem. «Co u niego dzieje się teraz w duszy! Ale czemu ja milczę...- Rozumie pan...- Wasia bezradnie dobierał słowa,- rozumie...
- Wiem, Wasia. Wiem, dlaczego uciekłeś. Nie chciałeś być zawadą, opóźniać innych, szarpiesz się, męczysz, chciałbyś nagle skończyć z tym zapętleniem, z tym niezrozumieniem. Ale nagłym zrywem to nie wyjdzie! Trzeba trwać. I ty wytrzymasz. Jestem tego pewien.
Nasze oczy spotkały się. On chce wiedzieć: Wierzę mu czy «wychowuję»?
- Przyjdzie szacunek i uznanie - kontynuuję - i nie patrz tak na mnie, wierzę w ciebie! Sam kiedyś rzuciłem naukę w piątej-szóstej klasie, a potem oj niełatwo było się podnieść!
Wspominając swoje dzieje, dałem mu możliwość zobaczyć, że naprawdę w niego wierzę. Kiedy dusza człowieka jest przygnębiona, zarzuty i pretensje przyniosą tylko dodatkowe cierpienia. Ważne aby «wejść» w jego stan i ostrożnie wychodzić razem z nim z duchowego marazmu, z niewiary w swoje możliwości. Tylko szczerość, uważność i wiara pomogą.
Widziałem, jak jaśniało twarz Wasi i widziałem, że on umyślnie się od tego powstrzymywał. Chciało się przedłużyć minutę dobrego oceniania jego cech. Rzadko pewnie chłopak słyszał, w czym tkwi jego siła, jakie są jego, Wasylija Dubienko, zalety.
Rozmawiam z Wasią i widzę, w pobliżu niecierpliwie spogląda na mnie ósmoklasistka Swieta Szeptun. Co u niej? Chce o coś zapytać, ostrzec o czymś czy poradzić się?
Wasilij rzucił przelotne spojrzenie w jej stronę i powiedział: «No, to ja pójdę?»
- Możesz iść, Wasjatka...
Z jakim uczuciem on odchodzi? On oczywiście odpowiada: «Normalnie». Patrzę w ślad za nim. Mimo wszystko bardzo to przeżywa. Jakie brzemie niesie na swoich barkach! Temu trzynastoletniemu chłopcu, stawiającemu pierwsze, nieśmiałe kroki na swojej drodze, potrzeba siły, żeby wytrwać. Od początku miał niepowodzenia w nauce, wagary, etykietka nie nadążającego za innymi uczyniła go «trudnym» dzieckiem.
Podchodzi Swieta.
- Porozmawia pan z Maławym,- bez każdych wstępów oznajmia dziewczyna - on jest jakiś drażliwy. Próbowałam sama, ale wie pan jaki jest Maław... – Może pan zna przyczynę?
Zaprzeczam ruchem głowy. Potem, jakby rozmyślając na głos, wymawia:
- A może co z Irką…?
- No co z tą Iriną?
- Irka wygląda jakby nic się nie stało. Ale widzę, że ona jest czymś przejęta.
Patrzę na mądrą, skupioną twarz dziewczyny i cieszę się: «Dobrze, Swieta, dobrze, że jesteś taka».
- Ale pan ma ponurą minę. Coś przykrego się stało?
- A, posprzeczaliśmy się z Mikołajem Nikołajewiczem. Ale już będzie łatwiej.
- Postanowiłam zdawać na uniwersytet pedagogiczny,- potrząsnęła hardo głową.- albo to nie dam rady?
- Ty? Oczywiście, że dasz radę. - Bez zwłoki odpowiadam i widzę, jak zajaśniała radością jej twarz.
Dzwonek. Swieta rzuca na odchodne: «Tylko proszę nie zapomnieć o Maławym» - i biegnie do klasy. Chaotyczne odgłosy kroków, szepty, okrzyki. Korytarzem idą dzieci. Za minutę szkoła ucichnie, ale cisza ta będzie złudna. Tam, za drzwiami klas, nastąpi egzamin młodszych i starszych. Ktoś będzie się radować, a ktoś inny zwiesi nos na kwintę... Patrzę na idących i serce ściska się od niewytłumaczalnego smutku. Skąd on się wziął? Dlatego, że nie widziałem? Że nie zdążyłem? Że mam świadomość tego, że nie da się być wszędzie jednocześnie?
Przypomniała się nieprzyjemna rozmowa. Co on powiedział? «Niech każdy zna swój „Sufit"». Nie, nie zgadzam się. Życia człowieka nie można zamknąć w nakazach, zakazach i rozporządzeniach. «A jeśli naprawdę odejdzie?- zrobiło mi się zimno.- kto będzie prowadzić lekcje?» I natychmiast pojawiła się jeszcze straszniejsza myśl: «A jeśli zostanie?» Przypomniałem sobie jego twarz, wykrzywioną pogardą. Wyobraziłem sobie, jak «rozkazuję» Mikołajowi pomóc Dubience zrozumieć siebie, potem wyobraziłem sobie, jak on, działając zgodnie z moimi «wytycznymi», «rozmawia» z Maławym. «Być może, to tylko jego maska, poza, on nie jest taki w istocie? W przeciwnym razie nie ma czego żałować - niech odchodzi - pomyślałem zdecydowanie. - Rysowania on może i nauczy, ale duchowości - nigdy. A potrzebujemy, żeby każdy był Leonardem… w sercu».
Obok przeszedł Dubienko, skinął głową, spojrzał otwarcie, ufnie.
«Dzieci uważa pan za Bóg wie co»,- przypomniałem sobie słowa Ludmiły Grigoriewny. A Swieta Szeptun? Przecież nieprzypadkowo podeszła do mnie. Czy chciała przysposobić mój nastrój do pracy? I te jej słowa o uczelni. Niespodziewana wesołość na koniec rozmowy. Ona wyprowadziła mnie z kręgu przykrych zdarzeń ku nowym staraniom. Przypomniałem sobie, że ona nie od razu zapytała o powód przygnębienia, dopiero kiedy zobaczyła, że mówię z nią w innymi nastroju. Ach, Szeptun, Szeptun...
Nie, Ludmiło Grigoriewna, to my przez pryzmat «dorosłości» nie dostrzegamy skarbów młodej duszy i swoją lekceważącą protekcjonalnością programujemy, wdrukowujemy w nie żałosne zdziecinnienie, wychowujemy małe rozumki. Niech się omylę, niech wymyślam, przesadzam, ale moje «przesadzanie»- to wezwanie do wzniosłości, zamiar na przyszłość. A wasze «prawidłowe» traktowanie dzieci, to całe podkreślanie w nich marności, słabości - krępuje duchowość. I to jest tragizm ich obcowania z wami. Pewnego razu po moim wystąpieniu w Domu Drużynowych Wszechrosyjskiego Obozu Harcerskiego «Orlątko», ludzie zwrócili się do mnie z pytaniem: «Jaką cechę osobowości czy też jaką zdolność, bez której nauczyciel nie może dobrze pracować z dziećmi, najtrudniej osiągnąć?» Przez głowę natychmiast przeleciał cały łańcuszek niewątpliwie niezbędnych i «trudno osiągalnych», ale najważniejsza wydała mi się zdolność, którą nazwałem «subtelność postrzegania świata». Objaśnię, jak ja to rozumiem. W wyobraźni przejdźmy się po szkolnym korytarzu. Przerwa... Widzicie tego wysokiego chłopaka przy oknie? Coś go gryzie... Po plecach widać, że płacze. Podejść czy zostawić samego? Wesprzeć go w tej chwili czy lepiej udać, że nie zauważyliśmy jego stanu?
A oto jego kolega, Sasza...
- Dzień dobry, Sasza! Co z Olegiem? Nie wiesz? A na lekcji? Normalnie, mówisz?! Podejdź do niego, a sam zobaczysz...
Sasza kiwnął głową do Olega, potem zatrzymał się i, wreszcie, zdecydowanie ruszył do przyjaciela...
- Dzień dobry, Tania!
- Dzień dobry!
- Coś się stało? Potrzebna pomoc?
- Nie trzeba, poradzę sama.
A tu - zobaczcie! Pojawia się słońce! Wyraźne staccato promyków aż iskrzy! Gra światła w zadartych blond lokach łączy się z muzyką szarych oczu.
- Dzień dobry! - Pozdrowiła radością i pobiegła dalej, hojnie rozdając ją po drodze wszystkim:
pochmurnym, wesołym, smutnym. Ilu zdrowia, siły, energii! Zuch, Walentyna!
Ona nie jest sama! Swieta, Halina, Fiedzia, Wasia, Irka... Jasno! Drużyna... Komsomolec taki powinien być: Optymistyczny, mocny, podniosły!
A tu znowu niepokoje:
- Katia, dzień dobry!
- Dobry...- rzuca niechętnie i wyniośle.
Tak, pewnie znowu pokłóciła się z kimś. Co z nią robić?! Jest taka obrażalska! Oleg ma ból pełen goryczy, a jak Katie boli, to jakby wołała: «Nie potrzebuję was!» Nadchodzi dowódca jej brygady. - Sierioża! Nie wiecie, co z Katią? Pokłóciła się z kimś? , - E, nie! Spóźniła się wczoraj do pracy. I dostało się jej.
A jaka była przyczyna spóźnienia? Nie wiesz?! Jak to, Sierioża?
Słyszycie? Znowu czyjeś niespokojne kroki... Kto to?
Blade policzki... W oczach złość i ból. Jak człowiek potrafi się zmienić. W takim momencie patrzysz – i nie poznajesz. Nie na próżno mówią, że po twarzy wszystko poznasz. To Wicia. On ma dwanaście lat. W domu są codziennie awantury, bicie, płacz matki. Ojciec jest pijakiem i awanturnikiem. Serce u chłopaka słabe...
Ale co to? Za drzwiami klasy «ryczy» donośny męski głos:
- Ot, bezczelna, wstydu nie masz? Na jutro mają przyjść rodzice! Nie muszę mówić?! A może ty nie chcesz wiedzieć? Pisz!
Zachodzę. Czerwony od gniewu wykładowca stoi nad biurkiem w oskarżycielskiej pozie. Naprzeciw, przygarbiona, Irka Gonczarowa.
Gonczarowa Irina? Zadziwiająco uważna na innych, uczciwa, pomocna i silna dusza. Duże oczy, patrzące otwarcie i ufnie. A w tej otwartości odwaga: «Wszystko jedno ja i tak wierzę, że świat jest wspaniały! I wy, którzy na mnie patrzycie, jesteście piękni» Pełna zapału Irka odpowiada za odpowiada za nadzorowanie prac komitetu komsomołu szkoły.
Wczoraj razem z harcerzami sadziła ziemniaki w ogródkach inwalidów wojennych, samotnych staruszków. A dzisiaj rano widziałem, jak jakaś babuleńka częstowała Irkę i inne dzieci racuchami...
- Nie trzeba, babciu… My nie dla...- zmieszała się Irka.
- Nie obrażaj się, wnuczuś. Daj tobie Boże zdrowia. Wszystkim wam dziękuję. Co ja sama bym bez was zrobila. Sama jedna... - Staruszka zapłakała i przez łzy: «Nie mam jak się odwdzięczyć. Nie obrażajcie się. Proszę, zjedzcie, prosto z pieca...» Irka wzięła węzełek z drżących starczych rąk, zaczęła sama częstować dzieci: «Jedzcie, jedzcie, póki ciepłe»,- mówiła, i nagle zapłakała.
Z jakiej części duszy pochodzi to współczucie? Jakim sposobem ona poczuła ból i niemoc starego człowieka, tęsknotę za młodością?
I oto po godzinę, zagryzając blade usta, pisze w swoim dzienniczku: «Ja, Irina Gonczarowa, nie nauczyłam się paragrafu 43, ponieważ nie byłam w stanie znaleźć czasu...» Spojrzałem na wykładowcę i powiedziałem Irce:
- Proszę, zostawić nas samych. Możesz iść, dobrze? Dziewczynka wyszła. Ledwie powstrzymując się, żeby nie zacząć krzyczeć tak jak ten wykładowca przed chwilą, żeby nie nagadać zbytecznego, wycisnąłem z siebie:
- Po co pan tak ostro?!-To przecież... Gonczarowa. Jak można ją oskarżać: „Bezczelna”. Ta krucha dziewczynka obsadziła wczoraj pięć ogrodów ziemniakami, pomagając starcom? A pan, zdrowy, silny mężczyzna, pewnie nawet nie pomyślał żeby im pomóc. Ale ona panu tego nie wypomniała...
«Paragraf 43?..» Minuta szkolnej przerwy, a ile małych opowieści!.. Nie przegap, nauczycielu, ani jednej z tych chwil. Utrzymuj nici-więzi, łączące cię z uczniami. Zwinni, ruchliwi, nieposkromieni, oni do czegoś dążą, czegoś szukają, oczarowują i rozczarowują się. Spróbuj śledzić stale zamieniającą się gamę ich uczuć, nastrojów, myśli... Im więcej widzimy i rozumiemy, tym bogatszy nasz pedagogiczny „arsenał”, tym subtelniej oddziałujemy na rozwój ich duszy. Duchowość rozwija się w «nieśpiesznym obcowaniu», jak zauważył Wiktor Astawlew.
Nieśpieszne, tj. całkowicie uważne, obserwowanie świata człowieka, przenikanie w znaczenie, sedno słów, w intonację i sposób mówienia, w symfonię jego ruchów. A oczy dziecka! Ile w nich można odczytać uczuć, nastrojów i przeżyć, motywacji tych albo innych czynów. Nie śpiesz się, nauczycielu. Twój pośpiech jest równoznaczny z lekkomyślnością i brakiem kompetencji.
Przy powolnym, spokojnym obcowaniu znika obojętność. Nauczyciel musi wtedy patrzeć aktywnie, słuchać aktywnie, myśleć aktywnie, działać aktywnie i zachęcać do tego uczniów. Nauczyciel jest świadkiem burzliwych namiętności młodych ludzi. W każdej chwili pojawiają się albo rwą się nici-więzi między nimi, coraz bardziej skomplikowane i różnorodne są przyjaźnie i antypatie. Nam jest dana sposobność być twórcami-malarzami, pomagającymi upiększyć ich wzajemne obcowanie oraz stosunek do samych siebie, do ludzi, do życia.
Właśnie nieśpieszne obcowanie rodzi subtelne postrzeganie świata.A do tego potrzeba, żeby serce potrafiło patrzeć, serce, główne narzędzie nauczyciela. Narzędzie poznania samego siebie, życia, duszy dziecka.
Życie to nieskończone poznawanie. Weź swój wędrowny kij i idź... Więc idę... Przede mną Pustynia, noc i migotanie gwiazd...
(M. Wołoszyn)

Kim jesteście, czwarta "B"?(niedokończone)



Zakończył się rok naszego eksperymentu. Zaczął się drugi. Rezultaty wielokrotnych prób, obserwacje na lekcjach utwierdzały nas w przekonaniu, że uczniowie sprawnie przyjmują wiedzę, przyswajanie materiału szkolnego odbywa się z powodzeniem na wszystkich lekcjach. Lecz przed nami jeszcze trzeci rok nauki. Coraz trudniejszy staje się program nauczania, powiększa się materiał w miarę przechodzenia do następnych klas. Dlatego poprosiliśmy naukowców z Instytutu Higieny Zdrowia Uczniów w ZSSR, aby dokładnie sprawdzili nasz system, chociaż, opracowując go, opieraliśmy się na rekomendacjach higienistów, lekarzy. Z niepokojem czekaliśmy, co powiedzą naukowcy, mimo to, że na własne oczy widzieliśmy bardzo wysoką zdolność dzieci do pracy, ich, bez przesady, stuprocentową aktywność w ciągu dnia. Pod koniec września 1976 roku naukowcy przyjechali.

Sprawdzenie racjonalności systemu odbywało się codziennie, przez cały tydzień w dwóch eksperymentalnych klasach po pierwszej, trzeciej i ostatniej, szóstej, lekcji. Badanie było prowadzone poprzez metodę poprawnościową.
Po pierwszej, trzeciej i szóstej lekcji dzieciom rozdawano kartki, gęsto zadrukowane chaotycznymi ciągami liter. Każdy, kto otrzymał taką kartkę, musiał jedną z ustalonych wcześniej liter skreślić, a drugą, zgodnie ze wskazaniami naukowców podkreślić. Dawano czas - 2 minuty. Ilość przejrzanych liter i zrobiona przy tym ilość błędów była wskaźnikiem uważności dzieci, a więc, poziomu ich zdolności do pracy na ten czas, kiedy przeprowadzane było badanie. Zebrane dane naukowcy zawieźli do analizy, do Moskwy. Pozostawili nam stos kartek z zadaniami, żebyśmy mogli nadal gromadzić informacje w ten sposób.

Po upływie miesiąca otrzymaliśmy pisemne zawiadomienie od naukowców o rezultatach naszego sprawdzianu: «Poziom zdolności do pracy uczniów z klas eksperymentalnych po ostatniej, szóstej lekcji był 2 razy większy niż ich rówieśników z innych szkół po czterech (a więc pod koniec zajęć) czterdziestopięciominutowych lekcjach».
Trudno opisać tą radość, której doświadczyliśmy, czytając to krótkie, mieszczące się na jednej małej kartce oświadczenie, podpisane przez zastępcę dyrektora instytutu Z. M. Grombachoma. To odegrało ogromną rolę w umacnianiu naszej wiary w zwycięstwo.
W tym roku szkolnym za radą naukowców przeprowadziliśmy jeszcze dwa testy na wydolność pracy naszych dzieci w ciągu całego dnia zajęć i całego tygodnia szkolnego. Jeden test był wykonany w listopadzie 1976 roku, inny - w lutym 1977. Rezultaty pokazały, że najwyższy poziom wydolności pracy uczniów występował przed czwartą lekcją, a po szóstej lekcji obniżał się, lecz pozostawał i tak wyższy niż ten obserwowany po pierwszej lekcji. Zaobserwowaliśmy również taką ciekawostkę, że w listopadzie i w lutym uczniowie wykazywali w sobotę większą zdolność do pracy niż w poniedziałek. Najwyższy tygodniowy poziom w różnych klasach był różny, lecz pojawiała się tendencja wzrostowa do środka tygodnia (środa, czwartek) i na koniec tygodnia (piątek). W ten sposób, wyprowadziliśmy wnioski:

a) Program nauczania, zbudowany na zasadzie naprzemiennych rodzajów działań, składający się z 30-35 minutowych lekcji, nie tylko zapobiega spadkowi poziomu zdolności do pracy uczniów w ciągu całego dnia zajęć, lecz nawet sprzyja jego podnoszeniu się od pierwszej lekcji do ostatniej

b) Jeżeli przy 45-minutowych lekcjach występuje gwałtowny spadek wydolności umysłowej w miarę kolejnych lekcji, to przy nowym systemie, czwarta-piąta-szósta lekcja okazują się być nawet bardziej efektywne, niż pierwsze trzy.

Ale zwróciliśmy uwagę na to, że poziom wydajności pracy zmieniał się w zależności od dnia tygodnia. Co to jest? Tygodniowe biorytmy? Lecz wykres skakał to w górę, to w dół całkowicie samowolnie. Na przykład, w jednej klasie z poniedziałku do środy iść wzwyż, a w innej klasie, na odwrót, w dół. Krzywa wydajności mogła sobie «pozwolić» w sobotę być znacznie wyższa, niż we wtorek w jednej klasie, a w innej przedkładać wtorek nad sobotę.
Jeszcze zanim przeprowadzaliśmy testy poprawnościowe, nauczyciele zwrócili uwagę na to, że uczniowie mogą po jednej lekcji na najwyższym poziomie aktywności i skupienia, a po innej, przeciwnie, wykazują widoczne obniżenie efektywności pracy. Przy czym to mogło się zdarzyć po każdej lekcji. Przypuszczenia, domysły oczywiście, mieliśmy, lecz wszystkie wymagały eksperymentalnego sprawdzenia. Na przykład nauczycielka muzyki Tatiana Gieorgiewna Szangieriejewa dawno już zauważyła, że druga klasa eksperymentalna najczęściej jest mało aktywna w piątek. Lecz inni pedagodzy, pracujący z tymi dziećmi, przeciwnie, zaznaczali w piątki, na swoich lekcjach, wysoką wydajność pracy. Czy zawiniły metody nauczania? Lecz we wszystkie inne dni u Tatiany Gieorgijewny było, jak ona sama mówiła, «wszystko w porządku».
Wtedy zdecydowaliśmy się szukać przyczyn nie w samej lekcji, a w tym, co ją poprzedzało. Przed muzyką w piątki były zajęcia losowe i lekcja czytania. Zajęcia losowe nie mogły być stałą przyczyną, a czytanie... I tu pojawiła się myśl: a może przyczyna leży w tym, że na lekcjach czytania słuch dzieci jest obciążony bardziej, niż na lekcjach pisania, matematyki? Jeżeli tak, to muzyka w danym wypadku nie może konkurować z czytaniem. Przypomniałem sobie doświadczenie pracy w Kizlarskiej szkole muzycznej. Jako jeden ze sposobów rozwoju słuchu muzycznego wykorzystaliśmy pełne ekspresji czytanie wierszy, fragmentów arcydzieł z literatury pięknej, starając się głębiej otworzyć intonacyjne bogactwo tekstu. Zwykle wyglądało to tak:
«Wsłuchajcie się, jak brzmią te wersy:
Niebo chmurne, mgła się wije,
Mroźny wicher śniegiem miecie,
I — to jak zwierz dziki wyje
To rozszlocha się jak dziecię..»

Lecz co tu kombinować? Poprosiłem nauczycielkę klasy drugiej, żeby zamiast czytania przed muzyką umieściła w rozkładzie na piątek matematykę lub pisanie. Tatianie Gieorgijewnie niczego nie powiedzieliśmy.
- No, jak dzisiaj minęła lekcja? - zapytałem ją w piątek, po lekcji muzyki w II klasie.
- Dzisiaj jakby w porządku,- odpowiedziała. Do następnego piątku było daleko, a do następnej lekcji muzyki - dwa dni. I my z Klaudią Pietrowną zdecydowaliśmy się jeszcze raz sprawdzić nasze domysły. Tylko teraz zamiast matematyki, która zazwyczaj stała przed muzyką w poniedziałek, umieściliśmy w rozkładzie czytanie. Przy czym poprosiłem nauczycielkę poczytać z dziećmi więcej wierszy.
- No, jak dzisiaj poszło? - po poniedziałkowej lekcji muzyki zapytałem Tatianę Gieorgijewnę.
- Wie pan, oni byli dzisiaj jacyś rozkojarzeni. To pewnie dlatego, że poniedziałek…
W środę wraz z Klaudią Pietrowną zrobiliśmy taką zmianę, co w poniedziałek, lecz przy tym zdecydowaliśmy się skomplikować eksperyment - umieściliśmy lekcję czytania przed muzyką i po niej. W środę Tatiana Gieorgijewna była znowu niezadowolona z lekcji: «Coś niespokojne były moje dzieci» - powiedziała, odpowiadając na moje: «No i jak?» Z takim samym pytaniem zamierzałem się pójść po lekcji do Klaudii Pietrowny. Lecz ona sama przyszła do mnie do gabinetu.
- Wie pan, to niemożliwe! Ja ich nigdy nie widziałam w takim stanie. Kręcą się, odrywają od pracy. No po prostu zupełnie inne dzieci. Ja nie doprowadziłam lekcji do końca, puściłam ich wcześniej.
W ten sposób przekonaliśmy się, że nie wolno nam doskonalić proces nauczania tylko w poziomie, to jest, zajmować się podnoszeniem się efektywności samej lekcji.
Trzeba było doskonalić nauczanie również w pionie, tj. szukać najlepszego do uczenia się dzieci sąsiedztwo przedmiotów. Nauczyciele nauczyli się traktować swoją lekcję jako ogniwo wzajemnie powiązanego i nierozerwalnego łańcucha.
Przytoczę zapis rozmowy nauczycieli na jednej z narad, poświęconych pracy eksperymentalnej. - Michaile Pietrowiczu! Postawmy wychowanie fizyczne na samym końcu w rozkładzie. Ja czasami jestem zmuszona zajmować się tym, od czego już odwykłam: dyscyplinowaniem – mówiła zaniepokojona W. G. Rinzina.
- Wychowanie fizyczne umieszczać jako ostatnią lekcję nie wolno, Walentino Grigorjewna, -starałem się ją przekonać.. – Właśnie odwrotnie trzeba ten przedmiot stawiać na początku lub w środku, ale nie na końcu. Inaczej będzie to szkodliwe i dla zdrowia fizycznego, i dla zdrowia umysłowego.
- Lecz niech pan zrozumie, że mi trudno pracować po lekcji wychowania fizycznego, - nie uspokajała się nauczycielka.
- A to już inna sprawa. Trzeba zorientować się w przyczynach tego «trudno». Jak u pani, Klaudio Pietrowno, mijają zajęcia po wuefie? – zapytałem.
- U mnie przeciwnie, bardzo dobrze udają się lekcje po wychowaniu fizycznym. Mi nawet to dziwno słyszeć, że wu-ef przeszkadza.
- Domyślam się, w czym przyczyna,- niespodzianie podniosła się A. T. Alipowa, która prowadziła lekcje wychowania fizycznego -To moja wina. Wie pan, jakoś trudno przywyknąć do lekcji trwających 30 minut.. Na wu ef tego czasu jest za mało. Wypada kończyć lekcję zanim osiągnie ona swoje apogeum. Dlatego dzieci na następną lekcję idą takie pobudzone.
- Można parę słów? - zapytał dyrektor sportowej szkoły M. G. Iwanow.
- Tak-tak, oczywiście, niech pan mówi, Michaile Grigoriewiczu. Pańskie zdanie, nie tylko jako dyrektora szkoły sportowej, lecz również jako nauczyciela wychowania fizycznego w klasie Klaudii Pietrowny, będzie dla nas bardzo ważne.
- Aleksandra Tichonowna ma rację – zaczął Michaił Grigorjewicz. – Nie da się zmieścić w trzydziestominutówkach, jeżeli prowadzimy lekcję tak jak wcześniej, przy czterdziestopięciominutowych zajęciach. Ja sam, kiedy zacząłem pracować w klasie eksperymentalnej Klaudii Pietrowny, myślałem, że dla wychowania fizycznego 30 minut nie wystarczy. Lecz zdecydowałem się swoją opinię zachować dla siebie, dopóki nie będę całkiem pewny. I coraz bardziej przekonywałem się o słabości mojej argumentacji. Jeżeli 45 minut jest męczące przy pracy umysłowej na lekcji matematyki, to dlaczego ten czas nie być może męczący przy pracy umysłowej na lekcji wychowania fizycznego? Czy działanie mięśni i ruch nie są to rezultaty pracy mózgu? To znaczy, że czas lekcji wychowania fizycznego nie powinien przekraczać 30 minut. Pamiętam, jak ja się czułem, wracając z treningów. Przychodziłem do domu - i spać. Po treningu nie miałem siły się uczyć. Mój mózg był padnięty, półsenny. Ogólnie, wyszło tak, że zacząłem myśleć nie nad tym, jak udowodnić, że nie da się przeprowadzić dobrej lekcji wychowania fizycznego w ciągu 30 minut, a nad tym, jak przeprowadzić dobrą lekcję w 30 minut. Jeszcze nadal nie wychodzi tak, jak bym pragnął, lecz mieszczę się w ramach tej krótkiej lekcji. Wczoraj byłem na lekcji Walentiny Grigoriewny. Widziałem wyposażenie jej gabinetu, widziałem, jak to wyposażenie pozwala jej nie tracić ani minuty. U niej wszyscy uczą się przez całą lekcję. A co wychodzi na lekcji wychowania fizycznego? Sprawdziłem, jak długo jeden uczeń na lekcji wuefu zajmuje się «czystym» ruchem. Bywałem na lekcjach nie tylko w naszej szkole. Wiedziałem, że wiele czasu się marnuje, ale taki wynik, jaki otrzymałem! Na każdego ucznia starszych klas przeciętnie wypadło zaledwie po 12-18 minut. To z 45 minut lekcji! Pozostały czas te dzieci spędzały na oczekiwaniu na swoją kolej przy tym lub innym przyrządzie. Wyobrażacie sobie, ile czasu się marnuje? Wychowanie fizyczne to lekcja ruchu. A my je zmieniliśmy w lekcję patrzenia: dwoje-troje uczniów wykonuje ćwiczenia, a pozostali siedzą lub stoją i obserwują. Kibiców wychowujemy! Dlatego swoje sale powinniśmy tak urządzić, by każdy uczeń poruszał się w ciągu całej lekcji, a nie «kibicował» na ławce. I tym zajmiemy się latem. Generalnie, wystarczy 30 minut, jeżeli cały ten czas poświęcić ruchowi, jeżeli przebudować po nowemu samą organizację lekcji, metody jej prowadzenia.
Michaił Grigoriewicz powiedział więcej niż «parę słów», lecz nikt mu nie przerywał, dlatego że mówił o czymś ważnym dla wszystkich, o tym, ile mamy jeszcze nieodkrytych możliwości doskonalenia się. Zaczynaliśmy rozumieć, że pierwsze lata eksperymentu - to jeszcze nie ta szkoła, o której marzymy, a tylko wstęp do niej.

Wkrótce M. R. Iwanow zaczął aktywnie propagować wykorzystywanie muzyki na lekcjach wychowania fizycznego jako jednej ze świetnych metod «nastrajania» organizmu na wysiłek mięśni oraz jako środka do «wyprowadzenia» uczniów z emocjonalnego pobudzenia. Muzyka - to trener, który już w szatni zaczyna pracować z dziećmi, przygotowując je. Ruch - to życie, to radość! O tym «mówi» muzyka. Wtedy lekcję dzieci rozpoczynają z «nastawionym» na pracę mięśni układem nerwowym. Po lekcji one jeszcze przez pewien czas przebywają w stanie nerwowego pobudzenia. I znowu niezastąpiona okazuje się muzyka – tym razem spokojna, cicha.

Tak posuwało się nigdy nie kończące się wspólne wyszukiwanie dróg doskonałości pracy nauczyciela i uczniów. Wiele od dawna znanych prawd jakby odkrywaliśmy na nowo, gdy stawały się naszym osobistym doświadczeniem. Czy nie wiedzieliśmy, na przykład, że efektywność pracy umysłowej zależy od rześkiego, optymistycznego nastroju? Wiedzieliśmy. Lecz tą niby wszem i wobec znaną prawdę odkryliśmy wtedy, kiedy sami się przekonaliśmy, jak nerwowość, surowość nauczyciela na swojej lekcji przeszkadzała pracować innym nauczycielom. Wzajemne powiązania między nauczycielem a nauczycielem, nauczycielem a uczniem, uczniem a uczniem, stały się dla nas rzeczą szczególnej wagi. Dyrektor szkoły sportowej mówił o tym, że lekcja wychowania fizycznego zaczyna się przed lekcją. To prawda nie tylko w odniesieniu do wychowania fizycznego. Po drodze do szkoły koledzy pokłócili się, ktoś powiedział komuś obraźliwe słowo, zaledwie jedno słowo, a na lekcji nieprecyzyjne odpowiedzi, nieuwaga, błędy. Na przerwie chaos, zamieszanie, krzyki - na lekcji rozkojarzenie, «puste» oczy, niezrozumienie, a to znaczy, że jutro będzie smutny brak wiedzy...

Doskonalenie procesu nauki w klasach eksperymentalnych, nie tylko w poziomie, lecz również w pionie dawała nam możliwość objęcia rozumem i sercem: w bardzo złożonym mechanizmie szkoły nie można bagatelizować szczegółów, harmonia pracy kolektywu zależy od każdego z nas.

KIM JESTEŚCIE, CZWARTA „B”?

Stoję w przestronnej sali gimnastycznej. Niepokoję się. Serce bije w przyspieszonym tempie: przegrają, przegrają! Krótkie uderzenia piłki, szybki tupot nóg, łapczywie łapane oddechy, krótkie, ostre gwizdy sędziego: trwa mecz koszykówki. Grają dziewczyny z IV B naszej szkoły. Mają poważnego przeciwnika: ich rówieśniczki z lokalnego klubu sportowego.
Pierwsza połowa zbliża się do końca. IV B przegrywa z D osiem do zera. Drużyna przeciwna składa się z wysokich, dobranych specjalnie do koszykówki dziewczyn z różnych szkół Biełgorada. A od nas gra nawet nie reprezentacja szkoły, tylko wszystkie chętne z IV B.
- Nie denerwujcie się! Przyjechaliśmy tutaj aby się czegoś nauczyć, i nic się nie stanie, jeżeli przegramy. Przegrać z takim przeciwnikiem to honor - rozmyślnie rześkim tonem mówi nasz trener Michaił Grigoriewicz Iwanow, nie wiadomo kogo więcej uspokajając: drużynę czy siebie samego.
Tak, byle tylko uniknąć klęski... Lecz co to? Nasze dziewczyny ewidentnie zwiększyły prędkość. Ich szybkie przejścia po boisku, między wysokimi przeciwniczkami, niespodziewane, zdaje się, nielogiczne podania zniechęciły rywalki. Coraz bardziej zbliżają się do kosza biełgorodianek i oto - piłka w koszu przeciwnika!
- Hurra! – radośnie krzyczę razem ze wszystkimi kibicami z Jasnych Zor.
Obecny wynik - 8:2. Przewaga, oczywiście, duża. Oczywiście, nasze dziewczyny teraz już nie dogonią rywalek. Ale to nie jest ważne. Chwała im za to, że nie przegrają do zera! Widać, że one także potrafią trafiać! Lecz, widocznie, dziewczyny z IV B myślały inaczej. Coraz bardziej wzrasta tempo gry. Nasze ewidentnie przeważają na boisku. Piłka prawie bez przerwy w rękach jasnozorskiej drużyny. Biełgoradki teraz tylko się bronią, starając się za wszelką cenę nie dopuścić naszych na swoje pole. Lecz zdaje się to na nic. Wynik zmienia się na 4:8, następnie 6:8... 8:8. Mecz zakończył się rezultatem 12:10 , zwyciężyła IV B.
A po dwóch tygodniach – nowy mecz z tą samą drużyną (która solidnie przygotowała się, z przeorganizowanym składem: przecież to hańba przegrywać z jakąś wiejską szkołą). I znowu -zwycięstwo. 12:9 na naszą korzyść!
Jaka była radość! Jakie szczęśliwe twarze u zwycięzców! Podchodzi trener drużyny z miejscowej szkoły sportowej, gratuluje zwycięstwa. Widzę jego oczy, bardzo znajome. Gdzie ja je widziałem? Przypomniałem sobie! To nie oczy wydały się znajome - znajome wydało się zdziwienie, jakie wyrażały: «Nie może być...» To samo «nie może być», które widziałem u dyrektora Kizlarskiej szkoły muzycznej, on z takim wyrazem twarzy przyjął zwycięstwo «nieudaczników» na konkursie «Biała akacja».
- Tak wyszło - rozłożył ręce nasz trener, niby usprawiedliwiając się za zwycięstwo w tym meczu. I nagle złapałem się na tym, że jestem w takim samym stanie, jak Iwanow: radość i... zdziwienie. Tak, my też byliśmy zaskoczeni. I w naszych oczach przyczaiło się gdzieś na dnie: «Nie może być...» W trakcie obu meczy patrzyłem na dziewczęta z IV B bardziej ze zdumieniem niż z zachwytem. «Skąd się to u was wzięło?» - myślałem.
... Cztery lata temu poszłyście do I klasy. Razem z wami zjawiła się w nowej szkole Klaudia Pietrowna. Nie było dla was dzwonków, dlatego że wasze lekcje nie zgadzały się czasowo z lekcjami w innych klasach. Sześć trzydziestominutówek: matematyka, muzyka, czytanie, gry sportowe, pisanie, praca - lub: matematyka, choreografia, czytanie, plastyka, pisanie, praca. Każda lekcja - odpoczynek od poprzedniej i «podładowanie» do kolejnej, każda minuta, na każdej lekcji spędzana w aktywnej pracy. Każdy dzień to dążenie do harmonii ducha i ciała, uczuć i myśli. Każdy dzień to wyjście na spotkanie przyrodzie, na spotkanie siebie, dzieciństwa...

Kim jesteście, IV B?

Nie nie, ja nie zamierzam wyciągać o was wniosków. Tylko rozmyślam… Jakie zresztą tu wyciągać wnioski, skoro wszystko jeszcze przed wami?
W III klasie, w ostatni dzień nauki, przed wakacjami, zapytałem was: «Kiedy chcecie zacząć nowy rok szkolny: wcześniej czy później?» Wy chórem, jakbyście się wcześniej umówiły, bez namysłu rzuciłyście w powietrze głośne «Wcześniej!», a ktoś zaraz uściślił: «Jutro!» W tym nie było nic niespodziewanego, dlatego że nawet w niedzielę zwykle widywałem was w szkole. Przychodziłyście «ot tak, po prostu»
. - Można będzie się w coś pobawić? - pytałyście, wiedząc, że będzie «można».
Dobrze wam w tej szkole. W niej wszystko jest wasze: i duże białe rumianki na jasnozielonej podłodze, i pomarańczowe jarzębiny na niebieskich ścianach, starannie namalowane rękami waszych starszych kolegów, i miejsce do zabaw, kącik ceramiki artystycznej, rzeźbienia, drzeworytu, i kluby młodych naturalistów i techników, i sportowy, muzyczny, i taneczny oddział szkoły... A lekcje? Ile razy pytałem was: «Jaka była dzisiaj najciekawsza lekcja?» Odpowiadałyście: «Matematyka... sport, a jeszcze literatura... a jeszcze choreografia...» Wymieniałyście zazwyczaj prawie wszystkie lekcje... A wiedza? To pytanie poruszało nas w ciągu wszystkich lat waszej nauki. Od tego zależał wasz los i nasz los. Dlaczego powiedziałem «i» - po prostu nasz los. Można rozrywać nierozerwalne?...
A wiedza u was dobra. O tym mówią wasi nauczyciele, o tym mówią liczni nasi «miejscowi» kontrolerzy, o tym mówią wojewódzcy wizytatorzy, kontrolerzy z instytutu pedagogiki i instytutu doskonalenia nauczycieli. Rzucają się w oczy zwłaszcza wasze sukcesy w matematyce. Tak, prace kontrolne z lutego 1978 roku, przeprowadzone przez naukowców z Biełgorodskiego instytutu pokazały, że 95% z was zdało na «4» i «5»...
Kim jesteście, IV B?
- To klasa matematyków - mówi wasza nauczycielka matematyki W. R. Kazankowa.
«Biorąc pod uwagę tempo rozwiązywania zadań matematycznych, ich jakości i sprawności realizacji, eksperymentalna grupa uczniów z jasnozorskiej szkoły znacznie przewyższa uczniów równoległych klas z innych sprawdzanych szkół...» - do takiego wniosku doszły naukowe wydziały pedagogiki i psychologii Biełgorodskiego instytutu pedagogiki, które obserwowały nas w ciągu półtora roku. To znaczy, jesteście matematykami?
- Ta klasa jest najbardziej wysportowana. Dzieci z IV B prędzej od innych uczą się ruchów, bardzo szybko myślą podczas gry - twierdzi trener, dyrektor szkoły sportowej M.G. Iwanow.
«Analiza danych świadczy o przewadze jasnozorskich uczniów, zarówno chłopców, jak i dziewcząt, prawie we wszystkich wskaźnikach rozwoju fizycznego»,-potwierdzają naukowcy Biełgorodskiego instytutu pediatrii, tylko tym razem z wydziału wychowania fizycznego.
Jesteście sportowcami?
- IV B – klasa muzyczna. Niejednokrotny laureat rejonowych przeglądów amatorskiej twórczości, w chórze «Kropelki» śpiewają głównie dzieci z IV B,- udowadnia dyrektor szkoły muzycznej W. W. Mileszyn.
- Prawie cała IV B to urodzeni tancerze. Mają dryg do choreografii - mówi baletmistrz R. W. Zinczenko.
- Pracowici, sprawni. Większość z nich ma dobre, zdolne ręce - to opinia nauczyciela rzemiosł, A. Z. Bołotowa.
Którego z nauczycieli bym o was nie pytał, każdy zaznaczał wasze sukcesy właśnie w swoim przedmiocie. I wasza klasowa wychowawczyni, nauczyciel literatury W. I. Twierntinowa nie stanowiła wyjątku. Podkreślając waszą «wyraźną skłonność do literatury», przyniosła dowody materialne – wypracowania:
«Tej cichej niedzieli padał delikatny, czysty deszczyk. Grałam na pianinie. Muzyka była wesoła, żywa... Na ulicy pojawiły się kałuże. Kałuże były ciemne, rozmawiały między sobą i udawały ważne... Po deszczu pojawiła się tęcza... Kałuże migotały w słońcu, trawka podniosła się i bardzo ucieszyła się ze słońca...»
«... Podbiegł do mnie pies Palma, wzięliśmy go jak był jeszcze niezgrabnym, malutkim szczeniakiem, a teraz już jest duży, puchaty. Na dworze padał drobny deszczyk, on padał, jak spadochroniarze z samolotu... Na gałęzi jabłoni świergotały wróbelki, prawie jak orkiestra, tak dobrze im to wychodziło. Posiedziałam na ławeczce i poszłam do domu, lecz nagle wyskoczyła Palma, rozpędzając wszystkie kury. Kury uciekały we wszystkie strony jak rakiety!»
«... Poszłam poobserwować deszcz. Drobne kropelki tańczyły u mnie na dłoni. Nakarmiłam wróbelki. Wróble z radością dziobały okruchy chleba. Oni tak równo stukały dzióbkami po ręce, nawet udawało im się zachować rytm. Prędko zaczęło ciemnieć. Zabrałam się za czytanie książki «Trzy grubaski» Jurija Oleszy. Ona przeniosła mnie w bajkowy świat. Jak tam było pięknie! Wszystko w jasnych barwach. Lecz do mnie podeszła młodsza siostra Natasza i zapytała: - Co robisz? - byłam w bajkowym świecie! - odpowiedziałam. Ona nic nie zrozumiała i odeszła».
Autorki utworów Gala, Ira i Ałła - to te same dziewczyny, które z takim hukiem wygrały spotkanie z drużyną szkoły sportowej. Wszystkie trzy wypracowania pochodzą ze stosu zeszytów IV B. Przekartkowuję strony i widzę, słyszę, jak w proste opowiadanie dzieci o niedzieli, wplatają się lekcje muzyki, malarstwa, choreografii, rodząc niespodziewane, lecz takie obszerne i dokładne skojarzenia, obrazy.
Taniec drobnych kropli na dłoni... Wyraźny bębenkowy stuk dziobów wróbelków (i przy okazji - pochwała, jak na lekcji: «nawet udawało się im w rytmie»). Muzyka wesoła, żywa. I psotne, żywe -dynamiczne zdanie: « Kury uciekały we wszystkie strony jak rakiety».
Trzy opowiadania – zaduma nad życiem trzech filozofów, trzech poetów.
W każdym z nich obecna uważność do świata, dążenie zorientować się w jego zjawiskach, ocenienie ich. Wypracowania tchną radosnym odczuwaniem świata: «... trawka podniosła się i bardzo ucieszyła się ze słońca...», « Nakarmiłam wróbelki. Wróble z radością dziobały okruchy chleba ».
Czytając te małe, krótkie szkice, czujesz, jak trudno autorom poruszać się w słowach, że same słowa to za mało by wyrazić całą wielowymiarowość, wieloplanowość postrzegania świata, by realizować zdolność objąć ten wielowymiarowość od razu i całkowicie.
Czy nie stąd pośpiech opowiadania-szkicu, jak narrator nie uspiewajet za swoim nieujemnym wyobraźnią: «... szedł wytworny przezroczysty dożdik... pojawiły się kałuże. Kałuże... ciemne, oni puszyli się i mówili przyjaciel z innym... była tęcza. Kałuże migotały na słońcu, trawka wyciągnęła się i bardzo ucieszyła się słońcu...» Ta zaś dynamika, ten sam opowiadanie wzachleb daje się odczuje i w innych utworach.
Nie w tej zdolności łapać od razu, całkowicie dziesiątki działań szybkość matematycznego myślenia IV B? Nie w tej wieloplanowość, wielowymiarowość przywidzenia pokoju {świata} sekret w ogóle wszystkich sukcesów dzieci?
Nie będziemy śpieszyć się z wyprowadzeniami. Na przodzie - przedłużenie wyszukiwania. Kto wy, IV B?
Na to pytanie nam jeszcze czeka odpowiedzieć. Teraz, chyba, można powiedzieć tylko ten, że wy, IV B, prosto więcej zwyczajnych dzieci, czym wiele z waszych rówieśników.
W tym i jest wasza siła.
Gdyby u mnie zapytał: «Jest pierwokirpiczik, przyczyna przyczyn, eniergoistocznik rozwoju osobowości?», ja bym odpowiedział: «Jest! To uczucie własnej godności, swojej ważności wśród ludzi. Ono nie pozwala człowiekowi myśleć: «Ja słabego», a zmusza szukać siebie, te charakterystyczne jakości w sobie, realizacja których upoważni mu powiedzieć: «Ja silny!» To wyszukiwanie staje się lub źródłem rozkwitu osobowości, lub przyczyną jej degradacje. Z pierwszych dni ukazania na świat człowiek chce, by go {je} pojmował, oceniali, cieszyli się sukcesami i smucili się niepowodzeniom. On dąży do samozatwierdzenia. Ta naturalna właściwość.
Uczucie własnej godności-eniergoistocznik rozwoju osobowości, a silnikiem rozwoju można byłoby nazwać sukces w tej lub innej działalności. Człowieka oceniają po sprawach. Sukces, niech najmniejszego, w konkretnej sprawie i jest krok do samozatwierdzenia. Jeżeli sukces przyszedł w sprawie, potrzebnej ludziom, w zrozstrzyganiu dobrego dla nich, początek zatwierdzenia «ja» jest początek rozkwitu osobowości! Lecz jeżeli po jakichś przyczynach człowieka nie dopiął sukcesów w społecznie pożytecznej sprawie, on, wewnętrznie protestując przeciw swojej słabości, a zgodnie i przeciw tym, kto przybył świadkiem jego niepowodzenia, nierzadko szuka sposób zatwierdzić siebie w antyspołecznych postępkach. Innymi słowami, charakter, wolę, talent-wszystkie fizyczne i duchowe siły człowieka rozwijają się, umacniają się i rosną w procesie działalności. Określające znaczenie przy tym ma ukochaną sprawę, do którego «leży dusza», w którym « otwiera się i twierdzi się najbardziej z powodzeniem. Dlatego najpilniejszy zadanie szkoły na równi z nauką początkom nauk-pozostawić każdemu uczniowi możliwość mieć ukochana sprawa. Od niej rozwiązania zależy zdolność szkoły wychowywać. Właśnie o tym mówi się i w dokumentach o szkolnej reformie?

Więc, doskonałość szkoły-na drogach znacznego rozszerzenia umów dla samozatwierdzenia każdego ucznia, realizacji jego możliwości. Zaczynaliśmy swoją pracę w niełatwych {nielekkich} umowach. W pierwszy rok mi wypadło zaprowadzić solidnych rozmiarów czarną, zeszyt z mrocznym, jak ją kolor, nazwą: «Nasi trudni...» W nią zanosiłem nazwiska te, kto zdążył - odznaczyć się» w złodziejstwie, chuligaństwie, skłonności do użycia spirytusowego. Osiemnaście najbardziej «wybitnych» z nich składali się {polegali} na obliczeniu w dziecięcym pokoju milicji... To było w 1975 roku. A w 1977 konieczność w czarnym zeszycie odpadła, przerzedził się, a wkrótce i wcale zginął za niepotrzebą spis dzieci w dziecięcym pokoju milicji. Poślij, w przeszłość « walki kogutów», gry w «dżunglę». Wyraźnie ociepliły się kontakt w szkole. Nie przypadkowo powstała oferta {zdanie}, zaakceptowana wszystkimi,- zamiast zwyczajny «dzień dobry» mówić: «Dzień dobry! Dzień dobry! Dobry wieczór!» - «Dzień dobry» powiedział jeden raz przy spotkaniu, i wszystko,-objaśniła Swieta Grigorowa, uczennica Ch klasy,-a potem przechodzisz obok człowieka milcząco. Czuć się źle jakoś staje się. A tak można trzy razu na dzień życzyć mu dobre.

Życzenie dobra, życzliwość wszystko więcej stawali się stylem kontaktów w kolektywie.
Szkoła-kompleks otworzyła dla dzieci mnóstwo dróg do samozatwierdzenia w dobrych sprawach, skierowawszy ich energię wyszukiwania siebie w łożysko oryginalnego rozkwitu osobowości. Nawet tam, gdzie idea znalazła swoje częściowe ucieleśnienie i słowo «kompleks» tymczasem {póki} oznacza tylko sojusz ogólnokształcącej szkoły z innymi szkolni-wychowawczymi urzędami, zaznacza się podnoszenie się efektywności wychowawczego procesu ogólnie rzecz biorąc. Tak, dyrektor Biessonowskoj szkoły pisała: «Szkoła-kompleks jest szkołą, zdolną formować człowieka więcej rozwiniętego... człowieka, żyjącego bogatym, bogatym w treść duchowym życiem..!» Mnie czasem pytają: «Nie doprowadzi dążenie szkoły stworzyć umowy dla wzmacniania «ja» w każdym uczącym się do uprawy siebialubcew, indiwidualistow? A jakże z wychowaniem kołlektiwizma?» Takie niebezpieczeństwo jest szybciej możliwa tam, gdzie sądzone pole działalności dla rozkwitu zdolności i zdolności. To doprowadza do tego, że ktoś dopiął na danym wąskim polu sukcesu, a kto-tonie Czyjś «ja», więc, robi się mocnym, a czyjeś, naprzeciwko, słabnie, mizernieje... U jednego suma osiągnięć w szkole składa się z układanych: niepowodzenia + niepowodzenia + niepowodzenia... U innego: sukces+sukces+sukces...
Jaki kontrast! Będzie dziwnym, jeżeli u pierwszego opadną ręce, odejdzie wiara «mogę», woznikniet wywłaszczenie? Nie trudno przedstawić jego stosunek do pokoju {świata} i ludziom. A drugi? Będzie dziwnym, jeżeli od stałych sukcesów, tym bardziej na tle niepowodzeń innego, u niego sformuje się uczucie swojego wyjątkowości?

Trafnie, samolubstwo i indywidualizm mogą wyrośnij i na tej, i na innej glebie. U pierwszego jak instynkt samozachowawczości, jak samoobrona od stałych zdemaskowań w słabości. U drugiego jak sledststwije odczucia swojej elitarnosti: «Ja jeden taki! Ja-w centrum! Wszystko dla mnie!» Nie to prowadzi do rozobcowania kolektywu, do tłoczenia sprzeczności w nim?
Teraźniejszy kolektyw daje możliwość każdemu dziecku odbyć się, poczuć siebie silnym, nieprzyciętym, niepriniżennym. Jeżeli uczeń na matematyce nie odniósł sukces, on dopnie go {je} na zajęciach techniczną twórczością, lub na lekcji choreografii, lub w wydziale miękkiej zabawki, lub na borcowskom dywanie, lub w klubie młodych naturalistów itd. Gdzieś go {je} obowiązkowo spotka zwycięstwo, i on powie sobie: «Mogę. Ja nie gorzej. Ja nie powinien być i nie będę opóźniającym się». Sukces w jednym daje siły iść do zwycięstwa w każdej sprawie.
Uczeń, włączony w wielostronną działalność, przechodzi przez łańcuch porażek i powodzeń, a nie tylko przez jedne zwycięstwa lub porażki. Życie go w szkole-suma, składająca się {polegająca} ze zwycięstw i porażek. Ona wychowuje w dziecku bojcowskij charakter, wolę, optymizm, dążenie przezwyciężać trudności. Poznając sukcesy i porażki, on staje się czujnym do sukcesów i niepowodzeń kolegów. W nim robi się mocnym podstawa dobrego, rzecz wartościową kołlektiwista-zprzeżycie, zdolność przyjść na pomoc.
Szkolny wiek, chyba, rozstrzygający okres stanowlenija osobowości, samoświadomości. Zawsze szkoła może pomóc swojemu uczniowi znaleźć siebie, odpowiedzieć na męczące go pytanie: «Kto ja jaki ja?». Nierzadko «wychowując» ucznia dziesięć lat, ona ma o nim skąpe, powierzchniowe pojęcia. Stąd smutnie znana szablonowość szkolnych charakterystyk. W nich zaznaczają się poziom wyników nauczania, dyscyplina na lekcjach i zmianach, udział w społecznym życiu... A w czym silne i słabe strony charakteru absolwenta, jacy jego interesy, stosunek do ludzi, moralne credo-wszystko to, że wchodzi w pojęcie «człowiek», opuszcza się.
W wielokrawędziowej szkole niezmierzenie więcej dosyć otworzy się «ja» każdego ucznia, z całą sumą specyficznych, właściwych tylko mu właściwości. Nasze doświadczenie pokazało, że nawet pierwsze kroki do takiej szkoły poszerzyli i pogłębili pedagogiczne przywidzenie. U nas więcej od możliwości dowiedzieć się dzieci i, więc, wpływać na ich wychowanie i rozwój.
Naukę nie widocznie przemocą nad przyrodą, nie powinien był być gorzkim korzeń nauki.
Nauka- to rozwój, otwarcie się, doskonałość przyrody - chcesz być silny?
Tak...
- Chcesz być piękny?
- Tak. Chcę być człowiekiem...
- Masz wszystkie możliwości urzeczywistnić siebie. Ty i ja - my jesteśmy współautorami w pracy nad tobą i nade mną, nad naszą doskonałością.

Takim słyszę dialog między szkołą i uczniem...


Wyszukaj

Polecamy