"To moje życie. I teraz jest pełne wolności."

http://ecoby.info/gazeta/archive/nasha_krinichka_30.pdf

Ten artykuł jest odpowiedzią na pytanie jednego z bardów: "No, przyznaj się, ciężko żyć w rodowym siedlisku?" Zdecydowałam się uczciwie opisać trudności, jak i radości dla początkujących. Z mojego osobistego doświadczenia.

Nazywam się Masza, a mój mąż Siergiej. Żyjemy na ziemi już 2 lata. Nasza wieś zwie się Ruryczewo, ale rdzennych mieszkańców, babć i dziadków zostało już kilkanaście. Prawie wszyscy przenieśli się do sąsiedniej wsi, Swietnoje, 4 km od nas. A my czytelnicy książek W. Megre zaczęliśmy kupować ich domy.

Najpierw tu byli ludzie z Kirowogrodu. Potem niektórzy stwierdzili że to za daleko od miasta( 80 km ) i oni nie wiedzą czym zajmować się w posiadłości, zwłaszcza zimą, jak zarabiać pieniądze, dzieciom daleko do szkoły, nie ma wygód jak w mieście, trudno bez centralnego ogrzewania i wodociągu, bez sklepów i dlatego oni tu żyć nie mogą. Zaczęli nawet domy swoje sprzedawać, z ziemi rezygnować. Ciężko nam było. Lecz teraz rozumiemy - nie wszyscy są jeszcze gotowi do życia w rodowym siedlisk, poza systemem. Mimo to, obecnie planują się osiedlać w pobliżu nasi przyjaciele z Jużnokrańska i z Aleksandrówki. A tymczasem wciąż żyjemy tylko my i Wicia, nasz pszczelarz – jednomyślennik.

Kiedy tylko tutaj przyjechaliśmy - życie było radosne, lekkie i wesołe. Zaczynała się wiosna i żyliśmy w stanie szczęścia, miłości, uskrzydleni przez spełniające się marzenie - Od razu zaczęli sadzić żywy płot, jak i ogród warzywny. Pierwsze doświadczenie sadzenia w trawę z minimalną ilością pracy było niewypałem. Teraz myślę – że żeby to działało, to trzeba obsadzić tak z pół hektara. Póki co, warzywniak sadzimy zwyczajnym i kurdiumowskim sposobem.

Wtedy od razu rzuciłam swoją pracę, a Sierioża jeszcze ciągnął swój biznes wyjeżdżając do Kirowogrodu 2-3 razy w tygodniu. Odczucia pierwszych miesięcy były podobne do urlopowych, odpoczynek od miejskiej krzątaniny, systemu, piękno przyrody.

I nagle, po 5-6 miesiącach zaczęło się robić nudno. Przecież ja przyzwyczaiłam się, że u mnie wszystkie dni powinny być rozpisane. Wszystko jak w zegarku i napięte, że trudno nadążyć. Wtedy zachorowałam na anginę i było mi nieprzyjemnie. Złościłam się na siebie że żyję w rodowym siedlisku, mam swój hektar, a choruję i nie cieszę się z życia itd. Potem dopiero zrozumiałam. Trzeba wziąć się za siebie. To moje życie i teraz jest wolne. Co chcę robić to i trzeba robić. I zaczęłam myśleć czego ja właściwie chcę?

Po tym moje życie zaczęło się coraz bardziej podobać. Teraz ja uzdrawiam swój organizm, poprawne odżywianie się, ćwiczenia fizyczne, głodówki. Przypomniałam sobie wszystkie swoje pasje, wyszywanie, haftowanie, to, czego chciałam się nauczyć kiedy będzie wolny czas. Nauczyłam się też dobrze gotować.

Zaczęłam szukać sposobów zarabiania pieniędzy, tak, by mąż zawsze był obok. Znalazłam - sprzedaż świeżych grzybów, zbiór orzechów włoskich…
Lecz podstawa - jak się okazało – to myśli. Zaczęłam je kontrolować. Przerabiać wszystkie negatywne programy co tylko przyjdą mi do głowy, na pozytywne. Na przykład kiedy tylko przyjechaliśmy, ja nawet bałam się do lasu sama chodzić. Myśli o gwałcicielach i mordercach przychodziły do mnie. A ja uwielbiam grzyby zbierać, dlatego mnie tam ciągnie. Teraz jak sobie o tym przypomnę to śmiać się chce, lecz początkowo chodziłam tam modląc się do Anastazji i Jezusa – tak mi ktoś wmówił że to ochroni mnie od wszystkiego złego. Teraz rozumiem, że jak u kogoś są myśli niedobre, to samemu boi się w las chodzić. A mnie tam wszystko już zna, kocha i strzeże.

Potem jeszcze psów się bałam. Ugryzł mnie kiedyś. Wiele sposobów wypróbowałam by pozbyć się tego lęku. Ale podziałała najlepiej formułka naszego Wiktora : „życzę wam światła i miłości”. Od razu stosunek do psów (i psów do mnie) się zmienił, nawet ogonem merdać zaczynają na mój widok. Co jeszcze - pragnę powiedzieć, że być może najważniejsze w siedlisku - to energia miłości, jej stała obecność. Znaczenie tego zaczęłam pojmować dopiero po wspólnym z Sieriożą przeczytaniu 2-giej części ósmego tomu „Anastazji”. Wtedy zaczęłam odczuwać jej obecność między nami lub gdzieś obok. Zrozumiałam, czym to jest i jakie to wielkie błogosławieństwo i szczęście.

Teraz moim celem są takie właśmie "lekcje". Myślę o tym i rzeczywiście, jest sens istnienia kobiety na Ziemi - być strażniczką miłości w swojej rodzinie. A twórczość i natchnienie mężczyzn także mają źródło w miłości.

Teraz przeżywamy najszczęśliwsze miesiące w życiu. Sprzeczki zdarzają się jak przelotne chmury. A przecież tak żyli wedrussowie całe życie, przypomnicie sobie, jak Lubomiła i Radomir nawet na starość byli zakochani. I jeszcze w Rytuałach Miłości jest jedno zdanie które zapamiętałam: Prawdziwa miłość w biedruskich rodzinach przychodziła po roku lub dwóch wspólnego życia. Tak więc nie denerwujcie się, jeżeli w pierwszych miesiącach życia na swojej ziemi u was będzie nie wszystko pójdzie tak gładko, tak słodko jak byście pragnęli. Wszystko przed nami.

Świąt nam na razie wciąż za mało. Dlatego sami je sobie wymyślamy. Planujemy przeprowadzić tego lata bardowski festiwal. Kiedy wszystko ze wszystkimi uzgodnimy i zaplanujemy to damy znać. Przyjeżdżajcie z wizytą :)

. . .

Masza Wodopijanowa

Tłumaczenie - Mateusz Aponiewicz


Wyszukaj

Polecamy