Wywiad z Aleksandrem Matrochowiczem, współzałożycielem fundacji „Stworzenie” i osady rodowej „Rosy” na Białorusi.



Jak i kiedy doszło do powstania waszej osady?

A.M – Wszystko zaczęło się w 2000 roku, kiedy został wydany 5 tom z serii Dzwoniących Cedrów. Wtedy to ja i mój przyjaciel Igor zdecydowaliśmy się założyć organizację „Stworzenie”. Stopniowo pojawiali się nowi ludzie, organizowaliśmy spotkania, zebrania, odczyty, a po paru miesiącach mieliśmy już grupę jednomyślenników. Następnie zaczęliśmy szukać ziemi koło Mińska, znaleźliśmy ciekawy rejon, staraliśmy się tam coś zdziałać, chodziliśmy po urzędach, przedstawicielach władzy, ale wszędzie szło po grudzie, każdy był nam przeciw. Doszło do tego, że kłóciliśmy się w urzędach, było nawet walenie pięścią w stół i krzyki...

(Osoba przysłuchująca się rozmowie) No, to nic dziwnego że wam nie chcieli pomagać.

A.M – Tak, trochę przesadziliśmy. A potem nastąpiło zwątpienie, rozgoryczenie, że nic się nie udało. Oczywiście, dopiero później zrozumieliśmy, że to było miejsce nie dla nas. Znaleźliśmy inny rejon i tam wszystko poszło łatwiej, może nie bez trudności, ale łatwiej. Władze nam nie przeszkadzały, ale i nie pomagały zanadto. Ale prąd pomogli załatwić, trudności nie robią. Tylko trzeba dużo rozmawiać, przekonywać.

Jak wyglądały wasze pierwsze lata na ziemi?

A.M – Ja mieszkam tu od 6 lat, byłem jednym z pierwszych osadników. Pierwsze lata to najtrudniejszy okres. Musisz zająć się wodą, budowaniem, planowaniem, swoimi dziećmi, i zostało mało czasu na grządki i ogród. Pieniędzy także brakowało, a nawet momentami nie było ich wcale. To nie przeszkodziło mi zbudować domu w ciągu trzech lat. Materiały pozyskiwałem po znajomości lub z odzysku. Trzy lata to dużo, ale cały ten dom zbudowałem sam, sam jeden. Tylko kilka razy poprosiłem kogoś o pomoc, przy podnoszeniu ciężkich belek. Mogłem prosić sąsiadów o pomoc, ale nie chciałem. Wolałem, żeby w tym domu zawarte moje myśli, i te dobre, i te czasem niedobre (śmieje się i pokazuje gestem, jakby uderzył się w palec młotkiem i przeklinał), ale to będą moje myśli, moje własne. Kiedy samemu zbudujesz dom, to wtedy wiesz, że jesteś mężczyzną, pojawia się taka duma i poczucie siły…

Ile osób mieszka obecnie w osadzie? Czy jesteście już samowystarczalni?

A.M – Ogólny plan Rosów jest na 33 posiadłości, mamy jeszcze 3 wolne miejsca. Na zimę zostaje tu 10 rodzin, tzn. ci, którzy już zbudowali domy. Póki co, kupujemy jeszcze różne rzeczy w sklepach, także jedzenie, nie wszystko mamy swoje, ale z roku na rok nasze ogrody powiększają się i kupujemy coraz mniej.

Na jakich zasadach funkcjonują Rosy?

A.M – U nas, co miesiąc, jest ogólne zebranie. Podejmujemy decyzje większością głosów. Mamy swoje ustalenia, np. koszenie wspólnych łąk przed różnymi świętami (chociaż koszenie i tak jest podyktowane prawnie, przez władze). Oczywistą zasadą jest uprawa roślin bez chemii, oraz znajomość książek Megre i realizowanie ich.

Jak odnoszą się do was sąsiedzi z pobliskich wsi?

A.M – Na początku ktoś rozpowszechniał plotki, że jesteśmy sektą, ale jak się z nimi lepiej poznaliśmy to ich stosunek zmienił się. Mieszkańcy czytali też o nas w prasie, w telewizji widzieli. Teraz się z nimi przyjaźnimy, pomagamy sobie gdy trzeba.

Z czego się utrzymujecie?

A.M – Każdy inaczej. Ja na przykład wcześniej byłem budowlańcem, miałem swoją firmę w Mińsku. Ale w końcu zacząłem myśleć o tym, żeby cały czas być z dziećmi, na swojej ziemi, żeby pieniądze przychodziły do mnie, a nie żebym ja ganiał za pieniędzmi. Ale żeby tak się stało, trzeba wszystko dobrze przemyśleć. Niektórzy w naszej wiosce nadal pracują na budowach, wyjeżdżają co jakiś czas z wioski żeby zarobić. Inni nadal prowadzą swoje firmy w Mińsku. Ktoś wynajmuje swoje mieszkanie w mieście i z tego się utrzymuje. Albo robią strony internetowe. Mamy tu też jednego dyplomatę, urzędnika, oraz znanego tenisistę, gra w światowej czołówce, ma tytuł mistrza świata.

Jak wygląda wasz zwykły dzień?

A.M – Znowu, u każdego inaczej. Mogę powiedzieć o sobie. Tak naprawdę nie ma tu zwykłych dni. A to goście przyjadą, a to dziennikarze, a to święto urządzamy, a to wspólna praca… Zawsze jest coś do zrobienia. Wstaję o 6-7 rano, latem koszę trawę i gimnastykuję się, kąpię w stawie. A potem rozmaite dzienne zadania, zabawy, praca. Wieczorem oglądamy z synem gwiazdy, no, co tu opowiadać.

Jak wygląda ruch Dzwoniących Cedrów na Białorusi?

A.M – W Mińsku nadal działa nasza organizacja, „Stworzenie”, jest największa w kraju. Co tydzień mamy zebrania, przychodzi czasem 15, a czasem 150 ludzi. Starzy, nowi, setki się przewinęły. Zrobiliśmy mnóstwo projektów, co rok mamy konferencję. Jako pierwsi na świecie zorganizowaliśmy zlot „połówek”. Organizujemy różne święta, akcje, trudno o wszystkim opowiedzieć, ot, na przykład, aleję cedrową w Mińsku zasadziliśmy. W innych miastach też są organizacje, ale nieformalne i mniejsze. Funkcjonuje też druga osada koło Witebska, a trzynaście innych wiosek jest w trakcie formowania się.

Chcesz coś przekazać dla naszych polskich czytelników?

A.M – Tak, chcę (robi poważną minę)”Ludzie, twórzcie rodowe siedliska! (uderza pięścią w stół) Ziemia czeka, trzeba jej pomóc. Po prostu bierzcie po hektarze, nie wahajcie się, działajcie! Jeśli ktoś przeczytał książki, przemyślał, przyjął tą ideę, i nadal tylko siedzi i gada, to to jest przestępca! No nie, tego to nie pisz ( śmieje się )tak z przymrużeniem oka mówię. Tak naprawdę, ludzie mają różne wymówki – praca, rodzina, trudności, dzieci, pieniądze. Mówię takim „jakie pieniądze”? Sam poszedłem na ziemię tylko z gołym entuzjazmem (uśmiecha się), z pustymi kieszeniami. Dom budowałem krok po kroku, ze zbieranych materiałów. Wszystko prowadzone przez marzenie, napędzane gołym entuzjazmem, nie było żadnych problemów, tylko „zadania” do wykonania. Pamiętasz, co było w 4 części o energii wątpliwości i pewności. Jeśli u kogoś jest pełno zwątpienia, trzeba to wyrównać. A druga rzecz – dokładnie myśleć o swoich planach, przyszłości. Trzeba uważać na to, o czym się marzy. A jeszcze są tacy ludzie, co mają pstro w głowie, przychodzą na ziemię, kładą się na trawie "Ach, cudnie! Nic nie trzeba robić, tylko zachwycać się przyrodą i marzyć". A potem deszcz, śnieg, ludzie myślą "Oj, trzeba coś zrobić, zbudować, przygotować, pomęczyć się" i uciekają. I tak to jest.

Dziękuję. (wywiad przeprowadzał Mateusz Aponiewicz)


Wyszukaj

Polecamy